Reklama

Reklama

​Polak, Węgier? Ci dwaj z oślej ławki

Polska i Węgry grożą zablokowaniem planu gospodarczej odbudowy Unii, przyjętego na lipcowym szczycie, jeśli zostanie wprowadzony w życie mechanizm wiążący wypłaty z kasy unijnej z przestrzeganiem praworządności.

Do tegośmy doszli... Jasne, że na użytek wewnętrzny liderzy rządzącego Polską obozu powtarzają swoje zaklęcia o tym, jak świetnie ma się w Polsce demokracja, a w tym także państwo prawa. Ale w sytuacji, gdy w Brukseli i Strasburgu szykuje się mechanizm, który ma uzależnić wypłaty zarówno z unijnego budżetu, jak i ze specjalnego funduszu ratunkowego dla przeciwdziałania gospodarczym skutkom pandemii COVID-19, od przestrzegania praworządności, ten język już nie wystarcza. 

Reklama

Gdy Bruksela/Strasburg mówią "trzeba powiązać unijną pomoc finansową z przestrzeganiem praworządności w państwach członkowskich", Warszawa musi się ustosunkować do owego "trzeba". A wtedy nie ma innego wyjścia, jak opowiedzieć się za "nie trzeba", co pośrednio oznacza przyznanie się do tego, że z praworządnością w Polsce coś jest nie tak.

Trochę to przypomina dziwaczną reakcję komunistycznych władz warszawskich w 1975 r. na przyjęcie Aktu Końcowego KBWE i jej słynnego "trzeciego koszyka". Trzeci rozdział Aktu zobowiązywał jego strony do przestrzegania praw człowieka i dawał w pewnym zakresie prawo wglądu w tę dziedzinę u wszystkich współsygnatariuszy. Krócej: Zachód dostawał instrument piętnowania np. systemu łagrów w ZSRR, albo wyroków karnych za niesubordynację polityczną w Polsce. Naturalnie i państwa Wschodu dostawały tym samym tytuł do interesowania się łamaniem praw człowieka na Zachodzie. 

I właśnie ten moment wykorzystywali rozmaici poplecznicy PZPR w 1975 r., gdy zapowiadali, że odtąd dobre samopoczucie zachodnich rządów skończy się. Otóż bardzo mi ta ówczesna tromtadracja rozmaitych typów, w rodzaju Zygmunta Broniarka czy Ryszarda Wojny, przypomina dzisiejsze pohukiwania popieraczy "dobrej zmiany", którzy wołają, że to Polska pod rządami Prawa i Sprawiedliwości jest oazą praw człowieka w Unii Europejskiej. Naprawdę? Jeśli tak jest rzeczywiście, to czemu tej oceny nie potwierdza niedawny raport Komisji Europejskiej? I czemu się, Panie i Panowie, tak panicznie boicie wprowadzenia tzw. mechanizmu warunkowości?

Polska i Węgry zapowiedziały, kilka dni przed publikacją raportu Komisji, powołanie instytutu badawczego, który pokaże rzeczywisty poziom respektowania praw człowieka w Unii. Rzeczywisty czyli, w domyśle, zgoła inny niż to ocenia Komisja i wyraźna większość Parlamentu Europejskiego (521 za; 152 przeciw; 21 wstrzymujących się od głosu) w swojej wczorajszej rezolucji w sprawie ochrony demokracji, praworządności i praw podstawowych w państwach członkowskich. 

Instytut będzie próbował udowodnić, że białe jest czarne. Np. że poziom pluralizmu mediów i niezależności mediów publicznych od władzy jest wyższy w Polsce niż w Austrii, we Francji czy w dowolnym innym kraju członkowskim na Zachód od Odry. Albo że dyscyplinowanie polskich sędziów przez władzę polityczną nie odbiera sądom niezależności, zaś naprawdę uzależnieni od władzy politycznej są sędziowie w Niemczech, w Danii, czy w Holandii. 

Ciekaw jestem, jacy to eksperci zostaną powołani do pracy w owym instytucie i jakie wyprodukują ekspertyzy. I jak odpowiednie (Ministerstwo Sprawiedliwości?) władze polskie i węgierskie przedstawią owym ekspertom ich misję. Jak będą śledzić jej wykonanie, jak korygować rezultaty, ewentualnie uznane za niedostateczne udowodnienie przyjętej, choć wprost niewypowiedzianej głośno tezy, że Polska i Węgry to na tle reszty Unii oaza wolności?

Wszystko to jest trochę groteskowe, ale też groźne, bo wyraźnie pokazuje głęboki podział w Unii Europejskiej. A istotą tego podziału jest stosunek do podstawowych wartości, na których Unia stoi. Jak to rokuje dla jej przyszłości, każdy, kto ma rozum, widzi.

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama