Reklama

Reklama

Platforma - partia niby-demokratyczna

Donald Tusk pytany o debatę z Jarosławem Gowinem, swoim jedynym konkurentem w walce o przywództwo w PO, odpowiedział, że nie wie, czy znajdzie na nią czas.

Przypomina to inną jego wypowiedź, kiedy po wyborach parlamentarnych w 2011 i wyeliminowaniu kandydatury Grzegorza Schetyny do rządu, powiedział, że - o ile się nie myli - Schetyna został przewodniczącym komisji spraw zagranicznych Sejmu. W obu wypadkach szef rządu (i szef partii rządzącej w jednej osobie) zademonstrował graniczące z pogardą poczucie wyższości w stosunku do swoich partyjnych oponentów.

Reklama

Tusk wie, że może sobie na to pozwolić, ponieważ tak skonstruował swoje partyjne imperium, iż jedynowładcze gesty szefa uchodzą w nim za normę. Trzeba je chwalić, a co najmniej milcząco przyjmować jako przywilej wodza.

W miniony weekend, w czasie konwencji PO w Chorzowie Tusk pochwalił Schetynę za wycofanie się z wyborów na przewodniczącego partii, powiadając, że ta decyzja umacnia jedność partii. Jak wiadomo, Schetyna był jedynym potencjalnym kandydatem wagi ciężkiej (ze względu na popularność w partii), zatem po jego rezygnacji Tusk ma już zwycięstwo w kieszeni. Ale zauważmy: jeżeli wartością godną pochwały jest dla partii politycznej brak poważnej rywalizacji o przywództwo, to jaka to partia?

Gowin nie startuje w wyborach na przewodniczącego PO po to, żeby wygrać, ale raczej po to, żeby policzyć swoich zwolenników w partii, co mu da jakąś bazę do dalszej obecności w Platformie lub podpowie inne rozwiązanie - już poza nią. Jednak niezależnie od tego, Gowin jest jedynym politykiem z czołówki PO, który otwarcie stawia kwestie programowe jako problem, pozostali spijają z ust wodza to, co na danym etapie słuszne...

Kiedyś byliśmy za OFE jako mocnym drugim filarem systemu emerytalnego, a teraz jesteśmy za ich ograniczeniem - bo wtedy było słuszne tamto, a teraz słuszne jest to. Podobnie z postulatem ograniczania Senatu, ograniczenia liczby posłów, wprowadzenia jednomandatowych okręgów wyborczych i całą masą innych kwestii.

Nie twierdzę, że doświadczenie nie powinno w ogóle wpływać na kształt koncepcji reform i na kształt instytucji państwa. Po to mamy rozum, żeby ocenić, co się sprawdza w praktyce, a co nie. Ale nie to szwankuje w życiu wewnątrzpartyjnym Platformy. Szwankuje postrzeganie programu partii jako rzeczywistości podlegającej debacie. Pod tym względem w Platformie panuje bezalternatywność: skoro wódz mówi że A, to A, i kropka. Gowin podważa ową bezalternatywność. A więc wyłamuje się z konwencji - niepisanej wprawdzie, ale krępującej życie partyjne mocnym węzłem. Żeby nie powiedzieć: kagańcem.

Z punktu widzenia normalnej partii demokratycznej takie stanowisko jak Gowina to działanie ożywcze, bo umożliwia debatę, pozwala na krystalizowanie się stanowisk w ramach tej debaty, a na koniec przyjęcie przez partię jakiejś linii postępowania w danej sprawie. Z punktu wiedzenia partii wodzowsko-oligarchicznej, a taką partią jest w istocie PO, to działanie antysystemowe (systemem jest tu partia). Tak to rozumie jedynowładca Tusk, i tak to rozumieją - przynajmniej w praktyce, przez swoje polityczne zachowania - jego zwolennicy.

Taki Schetyna na przykład wie, że jeśli wystąpi przeciwko Tuskowi z propozycjami alternatywnego programu, zostanie politycznie zabity, bo wódz czegoś takiego nie toleruje, a jego pretorianie rozumieją, że ich rolą jest uczestniczyć w takim politycznym zabójstwie.

Wszyscy wiedzą, że w PiS nie jest pod tym względem lepiej, raczej jeszcze gorzej, bo tam nie znalazł się nawet odpowiednik Gowina, więc Prezes był w Sosnowcu jedynym kandydatem do przywództwa. Ale to nie powód, żeby uważać tę sytuację za normalną.

Ryba psuje się od głowy. Demokracji też się to może przydarzyć.

Roman Graczyk   

 

Dowiedz się więcej na temat: Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje