Reklama

Reklama

​Pisior w Platformie

Mamy nowe "taśmy". Były słynne "taśmy Beger", później "taśmy Serafina", teraz zaś są "taśmy Tuska". Słowo "taśmy" jest trochę śmieszne w dobie prześcigania się w znajomości najnowszych technologii, ale niech tam. Jest, w każdym razie, nagranie słów premiera, które stawia go - niewątpliwie - w złym świetle.

Donald Tusk usłyszał podczas spotkania z działaczami kilku regionalnych struktur PO, że szef gabinetu politycznego ministra spraw wewnętrznych Paweł Majcher jest tym działaczom znany jako zaufany człowiek PiS-u w mediach publicznych przed kilku laty we Wrocławiu. Działacze  dolnośląscy mówili to premierowi w tonie skargi, że oto tak lukratywne stanowisko zajmuje człowiek politycznie niepewny, bo w przeszłości sprzyjający PiS-owi.

Reklama

Usłyszawszy takie dictum, premier powiedział: "Dzisiaj jeszcze spytam pana ministra Sienkiewicza, kto zacz. Nie usłyszałem tutaj szmerów sprzeciwu, więc rozumiem, że to solidarny pogląd Dolnego Śląska. Zupełnie obcy człowiek, tak?".

Na to miał usłyszeć gremialne: "To pisior! Pisior!". Na co Tusk: "Pisior, tak? Na mój nos on nie będzie długo dyrektorem gabinetu. Na pewno będę musiał usłyszeć bardzo szczegółowe wyjaśnienie i trudno mi sobie wyobrazić, żeby ono było przekonujące" (cyt. za wiadomości.gazeta.pl).

To nagranie wywołało kilka dni temu małą burzę polityczną. I, jak zawsze w takich wypadkach, politycy usiłowali upiec na tym ogniu własną pieczeń. Czasem nazbyt szybko.

Głosy moralnego oburzenia brzmią tu nieszczerze w ustach starych wyjadaczy, którzy z niejednego partyjnego pieca chleb jedli. Stanowiska doradcze są zawsze łakomym kąskiem i aparat wszystkich partii zachowuje się tak, jak zachowali się działacze PO z Dolnego Śląska.

Jest to mało budujące, ale powszechne zjawisko w polskiej polityce (myślę zresztą, że nie tylko w polskiej). Nie należy sądzić, że wypowiadający się w tej sprawie Ryszard Kalisz czy Jarosław Gowin potrafiliby w analogicznej sytuacji zachować się inaczej niż Tusk i twardo przeciwstawić się apetytom własnego partyjnego aparatu. Aparat partyjny żywi się posadami, więc odebrać mu możliwość zdobywania posad, to pozbawić go ważnej, a w wielu wypadkach jedynej motywacji do zaangażowania w politykę.

Ale jest też druga strona medalu. Komentatorzy zwracali głównie uwagę na partyjno-polityczny aspekt sprawy. Na to, że  aparatczycy z Dolnego Śląska domagali się, a premier zaakceptował logikę: "posady tylko dla swoich". Na pewno kierowanie się taką logiką jako żelaznym prawem prowadzi często do decyzji niemerytorycznych (BMW - bierny, mierny, ale wierny), chociaż całkowite usunięcie kryterium politycznego też nie jest możliwe.

Ostatecznie mówimy o stanowiskach w szeroko rozumianym rządzie, a ten jest, z woli wyborców, rządem partyjnym. Zatem pewna doza identyfikacji czysto politycznej z celami rządu i partii rządzącej byłaby wskazana. W tym sensie do pewnego stopnia usprawiedliwiam tę partyjno-polityczną logikę.

Czego nie usprawiedliwiam, to widoczny w słowach premiera zamiar zmuszenia ministra do określonych decyzji kadrowych w jego najbliższym otoczeniu. Bo premier zapowiedział, że wywrze presję na ministrze spraw wewnętrznych, aby ten pozbył się szefa swojego gabinetu politycznego.

Rząd ma strukturę hierarchiczną i premier może stawiać przed swoimi ministrami konkretne zadania do osiągnięcia. Ale nie powinien im dyktować środków, jakimi zamierzają je osiągnąć. W szczególności premier nie powinien dyktować ministrowi, jakich ludzi ma sobie dobrać do realizacji tych zadań. To powinno być całkowicie w gestii ministra.

Premier może - politycznie - zrobić z ministrem wszystko, a w końcu może go nawet odwołać (formalnie: pisząc w tej sprawie wniosek do prezydenta), ale nie może kazać mu pracować z jakimiś ludźmi albo nie pracować z innymi.

To, że Tusk tak się wyraził, świadczy o bizantyjskich obyczajach tego rządu. I to jest dla państwa gorsze niż jego upartyjnienie, o którym ostatnio alarmowano w mediach.

Roman Graczyk

PS. Publikując w tej rubryce 18 lipca tekst zatytułowany "Jeszcze o ks. Lemańskim, a właściwie o Wiśniewskiej" popełniłem błąd rzeczowy. Napisałem, że ks. Wojciech Lemański złożył już odwołanie do Watykanu od decyzji abpa Henryka Hosera, pozbawiającej go stanowiska proboszcza w Jasienicy.

W rzeczywistości ks. Lemański złożył wtedy odwołanie do swojego ordynariusza (jedynie zapowiadał rekurs do Watykanu). Dopiero w ostatnich dniach abp Hoser podtrzymał swoją decyzję. Tym samym część moich uwag krytycznych pod adresem Katarzyny Wiśniewskiej, oparta na tym błędnym założeniu, traci logiczną podstawę. Przepraszam Panią Katarzynę Wiśniewską i Czytelników.

RG

   

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje