Reklama

Reklama

PiS ratuje się z pułapki, czyli o różnicy między moralnością a prawem

Dziś przed południem Sejm odrzucił projekt ustawy zaostrzającej przepisy aborcyjne. Stało się więc to, o czym wróble ćwierkały już od momentu, kiedy dwa tygodnie temu kierownictwu rządzącej partii nie udało się zapanować nad własnym klubem parlamentarnym, w efekcie czego do komisji skierowano tylko jeden z konkurencyjnych projektów - ten restrykcyjny właśnie.

Dziś przed południem Sejm odrzucił projekt ustawy zaostrzającej przepisy aborcyjne. Stało się więc to, o czym wróble ćwierkały już od momentu, kiedy dwa tygodnie temu kierownictwu rządzącej partii nie udało się zapanować nad  własnym klubem parlamentarnym, w efekcie czego do komisji skierowano tylko jeden z konkurencyjnych projektów - ten restrykcyjny właśnie.

Już wtedy było widać, że PiS ma kłopot, bo odtąd nie będzie mógł przedstawiać się jako zwolennik "złotego środka", jakiejś wizji zawierającej elementy "pro-life", ale biorącej też pod uwagę niektóre ostrzeżenia płynące ze strony ruchów "pro-choice". Że odtąd stanie oko w oko z projektem komitetu "Stop aborcji!"/stowarzyszenia "Ordo Iuris", a wtedy nie będzie miał już dobrego wyjścia. Bo zgadzając się na ten projekt, straci głosy elektoratu centrowego, dzięki któremu wygrał w zeszłym roku wybory, a nie zgadzając się nań straci głosy swojego "twardego" elektoratu, co może zapowiadać pojawienie się istotnej siły politycznej na prawo od PiS. Tak źle i tak niedobrze.

Reklama

PiS znalazł się pod presją Radia Maryja i ruchów "pro-life", bo wcześniej,  będąc w opozycji i nie ponosząc realnej odpowiedzialności za państwo, długo kokietował tę stronę sporu o aborcję. Jednak od czasów PC najważniejsze osoby z otoczenia Jarosława Kaczyńskiego, i sam prezes, opowiadały się przeciwko otwieraniu tego tematu, zakładając, że to zburzy kruchą równowagę trwającą, lepiej czy gorzej, od uchwalenia w 1993 r. ustawy do dziś obowiązującej.

Dość przypomnieć casus inicjatywy Marka Jurka z 2007 r., w wyniku której ówczesny marszałek Sejmu podał się do dymisji, a ówczesny premier przeforsował pozostanie partii przy status quo w tej delikatnej kwestii.

Teraz, najwyraźniej pod wpływem skali poniedziałkowych protestów ulicznych, kierownictwo PiS uznało, że trzeba działać szybko. Stąd wczorajsze nagłe zwołanie komisji sprawiedliwości i praw człowieka, szybkie głosowanie za wycofaniem projektu z dalszych prac, stąd nieplanowane wcześniej późnowieczorne posiedzenie plenarne Sejmu i w końcu dzisiejsza kropka nad i w postaci odrzucenia projektu przez Sejm.

Policzono straty i zyski, i wyszło na to, że mniej groźne jest ewentualne pojawienie się na scenie politycznej jakiegoś ugrupowania na prawo od PiS niż eskalacja protestów społecznych przeciw projektowi "Stop aborcji!"/"Ordo Iuris". Tak się to strategom PiS-u bilansuje. Bo - kalkulują - realne wyłonienie się nowej siły na prawicy wymaga czasu, a rząd już zapowiada inicjatywy mające osłodzić tym środowiskom gorycz porażki (oświadczenie pani premier podczas dzisiejszej debaty tuż przed głosowaniem). Zaś otwieranie nowego frontu po lewej stronie da efekt kumulacji i w konsekwencji załamania się poparcia dla partii w sondażach (pierwsze tego przejawy już widzimy).

Wydaje się, że kierownictwo PiS, dostrzegło w dynamice protestów ulicznych coś na kształt niegdysiejszych protestów przeciwko konwencji ACTA. Tak jak tamta sprawa zwichnęła wysokie poparcie społeczne dla PO, tak "czarny protest" - o ile nie zostałby rozbrojony - mógłby przynieść podobnie rujnujące skutki dla PiS-u. Dlatego kierownictwo PiS zdecydowało się naprawić, w kilku błyskawicznych ruchach, błąd popełniony dwa tygodnie temu, kiedy projekt liberalizujący aborcję (i tylko on) został wykluczony z dalszych prac legislacyjnych.

Tak to wygląda od strony politycznej. W tym miejscu chcę zaprotestować przeciwko moralizatorskiemu podejściu do tematu, które sprzeciwia się jakimkolwiek dywagacjom politycznym w tym kontekście. Niestety, ustawy uchwalają posłowie, a tego chyba nie chcemy zmieniać, prawda?

Posłowie to politycy. Polityka w demokracji parlamentarnej toczy się głównie torami partyjnymi. Tego nie zmienimy i nie jest to żaden fatalizm, tylko uznanie, że demokracja parlamentarna, przy tysiącu wad, ma jednak przewagę nad innymi systemami władzy. Więc, bardzo proszę, żeby się nie gorszyć wplątaniem debaty o aborcji w politykę. Zwracam uwagę, że ci, którzy robią z tego zarzut rządzącej partii, niekiedy sami postępują dokładnie tak samo. A czymże innym był wczorajszy protest Platformy i Nowoczesnej, zaskoczonych perspektywą wycofania projektu, czyli zamknięcia dopływu paliwa politycznego?

Natomiast sam rdzeń sporu ma wymiar przede wszystkim moralny. Czym innym jest uznać z perspektywy ogólnospołecznej, że projekt radykalnego zaostrzenia ustawy głęboko dzieli Polaków, i że dla pokoju społecznego jest to przedsięwzięcie ryzykowne; czym innym zaś jest brać te sprawy lekko, niczym p. Hanna Bakuła (przybędzie "kupa kalek, bękartów oraz dzieci z wadami").

Inaczej mówiąc, projekt "Ordo Iuris" stawiał dobre pytania - tu polecam głos młodego człowieka, który jest niepełnosprawny od urodzenia (http://pl.aleteia.org/2016/10/05/jestem-kaleka-dlaczego-nie-mialbym-sie-narodzic/), ale niekoniecznie udzielał prawidłowych odpowiedzi. Bo wychodząc od moralności niektórych, stawiał oparte na niej zobowiązania wszystkim.

Wraca tu stare pytanie (pisywałem na ten temat w pierwszych latach po upadku PRL), czy prawo może być tożsame z moralnością. Otóż - z różnych powodów, których tu nie rozważam - nie powinno. Co, naturalnie, nie zdejmuje z nas ciężaru indywidualnej odpowiedzi na najtrudniejsze nawet pytania.

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy