Reklama

PiS próbuje strzelić sobie w stopę

Jeśli potwierdzą się dzisiejsze prasowe doniesienia o personalnej obsadzie rządu Beaty Szydło, to będzie oznaczać, że Prawo i Sprawiedliwość kolejny raz porzuca po wyborach łagodny kurs, by powrócić do swojego kursu kanonicznego.

Jeśli potwierdzą się dzisiejsze prasowe doniesienia o personalnej obsadzie rządu Beaty Szydło, to będzie oznaczać, że Prawo i Sprawiedliwość kolejny raz porzuca po wyborach łagodny kurs, by powrócić do swojego kursu kanonicznego.

To jest kłopot dla tych centrowych, a rozczarowanych Platformą Obywatelską wyborców, którzy głosowali 25 października na PiS właśnie ze względu na uśmiechniętą twarz Beaty Szydło. Ale jest i większy kłopot: dla państwa. Daleki jestem od anty-PiS-owskiej histerii ("Gazeta Wyborcza" w piątek przed wyborami: "Stawką tych wyborów jest sama demokracja"), ale każdy nowy rząd może raczej uspokajać albo raczej niepokoić - ten z Macierewiczem i Ziobro będzie raczej niepokoił.

I chodzi tu nie tyle o europejskie salony i o gabinety europejskich polityków, ile o zbieżność opisu rzeczywistości dokonywanej przez tych polityków z samą rzeczywistością. Owszem, reakcja tych salonów i tych gabinetów ma znaczenie, ale niekiedy można im coś próbować wytłumaczyć, natomiast tutaj nie ma za bardzo pola do takich tłumaczeń. Słynna fraza Zbigniewa Ziobry pod adresem "doktora G": "Ten pan już nikogo więcej nie zabije", czy odpowiedź Antoniego Macierewicza na  pytanie o Donalda Tuska: "Tu jest takie miłe pytanie, czy jest prawdą to, że Tusk był agentem STASI. To ja państwu zostawię, żebyście państwo po czynach sami odpowiedzieli sobie na to pytanie " - pokazują nader dotkliwie ten problem.

Reklama

Chodzi po prostu o to, czy rządzić nami będą ludzie, którzy mają umiejętność trzymania afektu, czy też tacy, którzy tej umiejętności nie mają. Ta cecha osobowościowa (w postaci nietrzymania afektu) bywa kłopotliwa nawet na poziomie imienin u cioci, bo zwykła dyskusja łatwo wtedy może się przerodzić w zwadę, a nawet w mordobicie. Tym bardziej jest to kłopotliwe na poziomie działań konstytucyjnego ministra, odpowiadającego za jedną z najważniejszych sfer aktywności państwa -  jak obrona narodowa czy wymiar sprawiedliwości.

Człowiek nie trzymający afektu łatwo działa pod wpływem emocji, ma przeto skłonność do podejmowania pochopnych decyzji. Widzieliśmy już tę skłonność u obu tych polityków.

PiS po latach kwarantanny politycznej powinien był dojrzeć. Powinien był wyciągnąć wnioski - także personalne - ze swoich porażek z przeszłości. W tym samym kierunku powinna - moim zdaniem - iść ewolucja ideowa partii, jeśli "projekt PiS" ma być czymś więcej niż aparatem do obsługi Jarosława Kaczyńskiego.

Taka ewolucja byłaby możliwa tym bardziej, że po wyeliminowaniu SLD z Sejmu Platforma prawdopodobnie będzie kontynuować kurs z czasów rządu Ewy Kopacz, czyli kurs na lewo. A to właśnie stwarza PiS-owi dogodną możliwość stopniowego przekształcenia w partię typu chadeckiego. Chadecy w warunkach demokraci parlamentarnej słyną z umiaru i pragmatyzmu - choć ich działania są ożywiane przez idee całkiem radykalne, bo zakorzenione w chrześcijaństwie.

Oblicze nowego rządu, o ile jutro potwierdzą się dzisiejsze przecieki, wskazuje, że PiS nie chce z tej szansy skorzystać. A szkoda.

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy