Reklama

Reklama

​PiS, anty-PiS i zdrowy rozsądek

Dożyliśmy ciekawych czasów. Mało kto naprawdę sądził, że Prawo i Sprawiedliwość po zdobyciu władzy posunie się tak daleko w jej betonowaniu, czyli niszczeniu gwarancji pluralizmu. Owszem, niektórzy (np. "Gazeta Wyborcza") wieszczyli, że PiS po zwycięstwie zbuduje tu system putinowski, ale mnie się wydaje, że nie mówili tego szczerze, raczej straszyli - jak zawsze - PiS-em jako formacją w istocie autorytarną.

Jeśli więc dziś okazuje się, że mieli trochę racji, to mieli ją przez przypadek. I dzisiaj oni także, gdyby potrafili szczerze powiedzieć o swoich ówczesnych motywach, przyznaliby, że straszyli na wyrost, i że sami są zaskoczeni tym, co się dzieje. "Oni to naprawdę zrobili!" - tak myśli niejeden lider opinii w szeregach anty-PiS-u.

Reklama

Od razu powiem, że za rządów PO-PSL mieliśmy do czynienia z głębokim upartyjnieniem państwa. Taki był stan faktyczny przy deklarowaniu przywiązania do zasad apolityczności. Partia Kaczyńskiego miała dobre powody, żeby to zmienić, np. w mediach publicznych czy w służbie cywilnej, ale zamiast naprawiać system odpowiedziała jeszcze większym upartyjnieniem, podniesionym do rangi pryncypium.

Do tego wzięła się za Trybunał Konstytucyjny, prokuraturę i wymiar sprawiedliwości, gdzie takich nieprawidłowości nie było. Owszem, były pewne błędy systemowe, które należało usunąć, a nie poprzez niszczenie tych instytucji. Ale, powtórzę, stary porządek (PO-PSL) to nie był szczyt moich wyobrażeń o liberalnej demokracji.

Stąd mój problem z obrońcami demokracji w stylu KOD, czy w stylu apelu byłych prezydentów RP. Przywrócenie poprzedniej praktyki rządzenia nie jest dla mnie żadnym cymesem - uważam ją za wysoce skorumpowaną. Jednak w polityce bywa tak, że nieuchronnie stajemy przed pytaniem, co jest mniej złe. Moim zdaniem, mniej zła była poprzednia skorumpowana praktyka rządzenia niż obecny nihilizm prawny.

Była mniej zła, bo nie demontowała (a przynajmniej nie do końca) systemu gwarancji wolności politycznych: kontroli konstytucyjności, niezależności prokuratury (wiem, jej praca szwankowała, ale ziobryzm jest czymś gorszym), niezależności sądów i niezawisłości sędziów, mediów - choćby co do zasady publicznych (wiem, lisizm był ich rakiem, ale przynajmniej nie było zasadą, że partia rządząca partia mianuje władze mediów publicznych po uważaniu).

Problem, jaki mamy w Polsce od lat, nie od zwycięstwa PiS w jesiennych wyborach, polega na tym, że scenę zdominowały dwie elity polityczne, z których żadna nie ma głębokiego przywiązania do kultury demokratycznej. Jedni nie wprost (PO i PSL), drudzy wprost (PiS) dowodzą swojego upodobania do dróg na skróty. Ta tak, jak gdyby mieć wybór między złodziejami a szaleńcami.

Istotnym składnikiem rozwiniętej demokracji jest poważna oferta wyborcza. Gdy wybieramy między złodziejami a szaleńcami, nic dobrego z tego nie może się narodzić. Dlatego, gdy przyjdzie do wyborczego rozliczenia rządów PiS-u, będę czekał na inną - niż złodzieje i szaleńcy - siłę polityczną. Taką, która odbuduje instytucje konstytutywne dla gwarancji wolności politycznych i obywatelskich, ale która nie ograniczy się do prostego przywrócenia status quo ante.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama