Reklama

Reklama

​Ostatnie takie wybory?

Wszystkie znaki na ziemi i na niebie wskazują, że 13 października znowu wygra Prawo i Sprawiedliwość. W demokracjach zdarza się, że jakaś partia wygrywa dwa, a nawet trzy razy z rzędu i nic złego się przez to nie dzieje, tzn. system polityczny nie zmienia przez to swojej istoty. Nie cierpi na tym ani wolność jednostki, ani konkurencyjność gospodarki, ani pluralistyczny charakter społeczeństwa. Czy w Polsce, w perspektywie drugiej kadencji rządów PiS-u, mamy do czynienia właśnie z taką sytuacją? Nie sądzę.

Raczej przychylam się do opinii, że te wybory są najważniejsze od 1989 r. Tak, są one bardzo ważne, bo mogą przyczynić się do zabetonowania władzy jednej formacji politycznej w tym sensie, że w przyszłości wybory staną się atrapą, a pod pozorami wolnych wyborów powstanie system faktycznego monopolu politycznego.

Opozycja przez pierwsze lata obecnej kadencji bardzo mocno stawiała kwestie praworządności. Okazało się jednak, że to są w Polsce tematy nader inteligenckie, a większość społeczeństwa ma do nich stosunek ambiwalentny, uznając, że nawet, jeśli władza rzeczywiście ma tu coś na sumieniu, to w niczym to nie dotyczy ich indywidualnych praw i interesów. Ta większość sądzi, że tym, co jej rzeczywiście dotyczy, jest pewność utrzymania/znalezienia pracy oraz bezpieczeństwo socjalne (np. "500 plus") - co się przekłada na ich indywidualne poczucie godności - a w końcu także godność narodową Polski, którą w jej przekonaniu PiS realizuje lepiej niż opozycja, tak przez politykę historyczną, jak i przez podkreślanie odrębności polskich interesów od interesów głównych państw Unii Europejskiej i w ogóle Unii jako całości. Jeśli tak się sprawy mają, uznali po tych kilku latach liderzy opozycji, to trzeba zmienić akcenty: mniej bić na alarm z powodu niszczenia praworządności, a bardziej podkreślać niedomogi rządowej polityki tu, gdzie Polaków najbardziej boli: w edukacji, w ochronie zdrowia, w ekologii. Jak pomyśleli, tak też i zrobili.

Reklama

Czy to był błąd? Z punktu widzenia zabiegania o jak najlepszy (jak najmniej zły) wynik wyborów - nie. Należało tak zrobić, bo przy obecnym stanie świadomości i przy obecnych nastrojach politycznych Polaków, odzyskanie władzy przez kartkę wyborczą jest możliwe tylko tak. W tym sensie opozycja postąpiła rozumnie. Nie zmienia to jednak faktu, że krok po kroku zmierzamy do sytuacji, w której jakiekolwiek argumenty użyte w kampanii wyborczej przestają mieć decydujące znaczenie, ponieważ wynik wyborów w coraz mniejszym stopniu decyduje się przy urnach, a w coraz większym jest znany z góry. Zmierzamy do sytemu, w którym partia rządząca ma potężną premię z tego tytułu, że rządzi: bo ma za sobą media publiczne, bo ma za sobą armię urzędników, (gdy nie ma już służby cywilnej), bo ma za sobą prokuraturę i sądy, bo nie istnieje kontrola konstytucyjności ustaw, bo panuje przekonanie, że opozycja jest bezsilna. Dlatego w takim systemie opozycja jest z góry skazana na porażkę.

W takim systemie partia rządząca jest postrzegana jako naturalny pretendent do władzy, a opozycja jako uzurpator. Tak jest w Rosji, tak jest na Węgrzech, tak jest w wielu krajach postsowieckich (byłych republikach ZSRR, dziś formalnie niepodległych), tak jest w wielu krajach Trzeciego Świata (uwaga: termin niepoprawny politycznie). Wszędzie tam, gdzie formalnie można rywalizować o władzę, gdzie wprawdzie nie istnieje system jednej listy (jak w PRL), ale w rzeczywistości mamy do czynienia z czymś w rodzaju "władzy na własność".

Obawiam się, że do tego zmierzamy także w Polsce. Utrzymanie się dotychczasowych tendencji sprawi, że każde następne wybory będą coraz mniej rywalizacyjne w tym sensie, że rywalizacja z PiS-em będzie coraz bardziej pozorna. Do tego już od następnych wyborów zniknie jeden z ważnych bezpieczników uczciwego liczenia głosów: Państwowa Komisja Wyborcza w obecnym składzie zostanie zastąpiona nową, w której 7 na 9 członków będzie wybranych przez Sejm (czyli w praktyce zapewne przez większość parlamentarną, która weźmie wszystko z tej puli, tak jak wzięła nową KRS). A już dziś rząd ma nową izbę Sądu Najwyższego, wyłonioną przez nową KRS, a więc w zasadzie politycznie dyspozycyjną. Owa Izba Kontroli Publicznej i Spraw Nadzwyczajnych ma m.in. orzekać o ważności wyborów. A zatem istnieje już częściowo, a wkrótce będzie gotowy cały, system zabezpieczeń pozwalający także na "cuda przy urnie", gdyby z jakichś powodów naród stracił serce do aktualnej elity i - jednak - zechciał zastąpić ją elitą konkurencyjną.

Twierdzę, że takich instytucjonalnych narzędzi politycznej kontroli nad wyborami nie ustanawia się bez powodu. Inaczej mówiąc, gdyby Prawo i Sprawiedliwość nie szukało możliwości zmanipulowania wynikami wyborów, nie budowałoby tych instytucji. Bo i po co?         

Dzisiaj nastroje wyborców są takie, że PiS-u nic nie rusza. Pomimo afery Kuchcińskiego, pomimo odmowy ujawnienia tożsamości osób rekomendujących kandydatów do nowej KRS, pomimo tajemniczej śmierci trzech kolejnych świadków w seksaferze podkarpackiej, PiS ma się dobrze, wysoko prowadząc w sondażach. Tacy są wyborcy PiS-u, że nie uważają tych spraw za powód dla wycofania swojego zaufania dla władzy. Ale też tacy są wyborcy opozycji, że ich te sprawy nie mobilizują w dostatecznym stopniu do głosowania przeciw PiS-owi. W pewnym sensie - tacy są Polacy i taka jest Polska, że nawet w tych okolicznościach PiS wygrywa. Gdyby jednak coś się tu zmieniło, gdyby Polacy zaczęli przy urnach dawać zwycięstwo opozycji, to istnieje gotowe oprzyrządowanie do tego, by na papierze nadal wygrywał PiS.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje