Reklama

Reklama

​"Niedyskryminacja" i nie-myślenie

26 maja rzecznik Państwa Islamskiego, Mohamed Al-Adnani, ogłosił apel do muzułmanów na całym świecie: zachęcał w nim, aby podczas zbliżającego się ramadanu uderzali w niewiernych, gdzie to tylko możliwe, a szczególnie na Zachodzie. Nie trzeba było długo czekać, by usłyszeć konkretną odpowiedź: w amerykańskim Orlando w nocy z minionej soboty na niedzielę (11/12 czerwca) niejaki Omar Mateen zastrzelił pół setki ludzi w klubie homoseksualnym, zaś dwa dni później (13/14 czerwca) we francuskim Magnanville niejako Larossi Abballa zastrzelił małżeństwo policjantów w ich własnym domu. Obaj zabójcy byli muzułmanami. Obaj ogłosili, że dokonują zabójstwa w imię Państwa Islamskiego.

Wydawałoby się, że fakty można interpretować, ale nie można im zaprzeczać... Otóż jest inaczej. Bardzo szybko odezwały się głosy, żeby nie mieszać do tych przykrych wydarzeń, ani i islamu, ani imigracji z krajów islamskich. Bo ani islam, ani imigracja - powiadają koryfeusze postępu - nie mają z tym nic a nic wspólnego. Na pewno?

Reklama

W Magnanville na miejscu zbrodni policja prowadziła negocjacje z napastnikiem, zanim przypuściła szturm. W trakcie tych negocjacji Abballa powiedział, że jest praktykującym muzułmaninem, że właśnie obchodzi ramadan oraz, że trzy tygodnie wcześniej zgłosił akces do Państwa Islamskiego. Później okazało się, zresztą, że zdążył umieścić na Facebooku relację na żywo, tam również deklarował się jako wykonawca programu Państwa Islamskiego. W samochodzie zabójcy, zaparkowanym nieopodal, znaleziono Koran oraz dwie książki. Pierwsza zatytułowana była: "Wiara autentyczna" druga zaś "Wyjaśnienie trzech fundamentów"

Omar Mateen też był praktykującym muzułmaninem. Tłumaczenie jego zbrodniczego czynu homofobią w taki sposób, że zalicza się go do skrajnej prawicy z zachodnim rozumieniu tego terminu, bez wzmianki o jego islamskim fundamentalizmie, jest nonsensem (tu w pełni zgadzam się z moim sąsiadem z Interii, Grzegorzem Jasińskim: Terror czy zbrodnia z nienawiści). Taki nonsens popełnił sam prezydent Obama, gdy wyrażał żal za zabitych i solidarność z ich ofiarami - teraz widzimy wyraźnie, dlaczego p. Obama był przez ostatnie 8 lat takim pieszczochem Ameryki postrzegającej świat przez okulary New York Timesa. Dlatego, że to jest Ameryka, która odmawia dostrzegania prawdziwych problemów, chętnie zaś poucza innych z pozycji "niedyskryminacyjnych", "niewykluczających" itp. Biorę te słowa w cudzysłów, bo one ideologizują problemy, zaciemniają je, zamiast pomagać rozumieć. Dyskryminowanie i wykluczanie nie jest niczym dobrym, ale jeśli za dyskryminującą i wykluczającą uznamy postawę, która dostrzega, że Matten zarówno nienawidził homoseksualistów jak i sprzyjał ideologii islamistycznej, której celem jest uczynienie Zachodu "ziemią islamu", to słowa tracą swój sens, a my nic już nie rozumiemy. (Na marginesie: podobno Omar Mateen sam był homoseksualistą, ale to nie musi niczego tutaj zmieniać, jeśli ukrywał swój homoseksualizm i się go wstydził).

Nigdy dość powtarzania, że wprawdzie nie wszyscy (i to dalece nie wszyscy) muzułmanie są terrorystami, ale niemal wszyscy terroryści atakujący Zachód w ostatnich latach są (lub byli, jeśli nie żyją) muzułmanami. Więcej: oni sami czynią z islamu inspirację i swoistą polisę bezpieczeństwa (kto zginie na świętej wojnie z niewiernymi, ma gwarancję zbawienia wiecznego).

W Orlando zaatakowano zachodni sposób życia jako taki. Gdyby racje mieli ci komentatorzy, którzy wcześniej (w styczniu i listopadzie 2015), gdy zaatakowano Francję, twierdzili, że to model francuski jest szczególnie na celowniku islamistów, Ameryka - z jej polityką kulturowej różnorodności - byłaby bezpieczna. A przecież wiemy - i oto nie od minionej soboty - że tak nie jest. Zaatakowano Zachód jako taki.

Co to jest Zachód? To taki sposób organizacji życia zbiorowego, w którym nie strzela się do ludzi ze względu na ich orientację seksualną - w każdym razie państwo nie strzela, lecz - przeciwnie - ściga tych, którzy strzelają. Tymczasem na terenach zajętych przez Państwo Islamskie homoseksualistów zrzuca się z dachów budynków - zgodnie z zaleceniami państwa, wypełniając tego państwa program oczyszczenia społeczeństwa z wyrzutków.

Zachód to jest taki wynalazek, że - nawet jeśli sami nie jesteśmy homoseksualistami, nie deklarujemy się jako "gay friendly", nie uważamy, że związek dwóch homoseksualistów powinno się nazywać małżeństwem, czy, tym bardziej, powinien on mieć status prawny małżeństwa - nawet wtedy nie myślimy, że homoseksualistów należy wystrzelać. Zastanawiamy się za to, jaki znaleźć najlepszy model, w którym obie społeczności (a także, co tutaj niebagatelne, ich nagrzani kibice) mogą współegzystować, nie czyniąc sobie krzywdy (czy bardziej realistycznie: czyniąc sobie możliwie najmniejszą krzywdę).

Takie myślenie jest obrazą dla muzułmańskiego fundamentalisty. Czym jest dla muzułmanina jako takiego? Oto pytanie godne otwartego postawienia, zamiast zamykania oczu za parawanem przestróg przed "niedyskryminacją" i "niewykluczaniem".

Roman Graczyk  

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne