Reklama

Reklama

​Nie z tego paragrafu, proszę

Instytut Pamięci Narodowej wciąż odmawia przyznania statusu działacza opozycji antykomunistycznej Mirosławowi Chojeckiemu, a sprawa ta ciągnie się już kilka lat.

Dla ludzi mojego pokolenia Chojecki jest legendą. Bez takich jak on nie tylko nasza młodość nie byłaby taka szczytna, ale i tamta Polska nie byłaby dla nas tak urokliwa - urokiem dzielnych ludzi, którzy w drugiej połowie lat 70-tych pierwsi rzucili wyzwanie systemowi opresji. Wśród nich Mirosław Chojecki był postacią bardzo ważną: współzałożyciel i szef Niezależnej Oficyny Wydawniczej, członek Komitetu Obrony Robotników, potem na emigracji wydawca "Kontaktu" i twórca "Video-Kontaktu".

Polska droga do wolności była dlatego tak pociągająca, że wolność nie przyszła do nas sama, ale Polacy o nią aktywnie zabiegali. Nie wdając się teraz w rozważania, ile w tym było czynników od  nas niezależnych, a ile naszego wkładu, pozostaje faktem niezbitym, żeśmy się, w latach 80-tych na masową skalę, zbuntowali. Jednak zaczynem tego masowego buntu, który ucieleśnił się w "Solidarności", były działania małych grup, poczynając od połowy lat 70-tych, a wśród nich największy wpływ na dynamikę ruchu opozycyjnego miał KOR (potem KSS "KOR").

Reklama

Dlatego, to co piszą w liście otwartym byli członkowie Kolegium IPN, jest prawdą: Mirosław Chojecki jest wybitnie zasłużony dla sprawy naszej wolności. Jednak list ten zawiera sposób argumentacji, z którym będę poniżej polemizował.

Najpierw jednak wskażę to, z czym się zgadzam. Trafnie jego sygnatariusze - pp. Andrzej Chojnowski, Antoni Dudek, Andrzej Friszke, Andrzej Grajewski, Grzegorz Motyka i Andrzej Paczkowski - odtwarzają przebieg wydarzeń z 1976 r., kiedy Mirosław Chojecki został zmuszony do podpisania dokumentu o zachowaniu tajemnicy o rozmowie z funkcjonariuszami SB, zawierającego także wzmiankę, że będzie informował o "faktach szkodliwych dla PRL". 

Zwracają uwagę, że Chojecki był wtedy pracownikiem Instytutu Badań Jądrowych, a więc jego badania były objęte tajemnicą państwową. To z pewnością mogło stanowić dla niego przesłankę do zgody na podpisanie tego dokumentu. Podkreślają, że fizyk był doprowadzony na to spotkanie z aresztu, nie była to więc rozmowa, tylko przesłuchanie. I w końcu rzecz najważniejsza: nazajutrz Chojecki poinformował o wszystkim mec. Anielę Steinsbergową z KOR-u. Powiedział Steinsbergowej, jaki dokument podpisał, nie taił i owej klauzuli, która przypominała namiastkowe zobowiązanie do współpracy.

Otóż, Chojecki mówiąc to wszystko, skutecznie przekreślił próbę pozyskania go do współpracy. Jeśliby przyjąć (która to interpretacja byłaby ekscesywna), że podpisując ów dokument zobowiązał się do współpracy z SB, to trzeba byłoby dojść do wniosku, że nazajutrz zerwał współpracę. I że zerwał ją w taki sposób (informując przyjaciół z KOR-u, a za ich pośrednictwem opinię publiczną), że jakiekolwiek próby operacyjnego wykorzystania go przez SB uczynił niemożliwymi. Bo dekonspiracja niszczy tajność, a bez tajności nie ma tajnej współpracy.

Tak więc wszystko to prawda i wywodząc to sygnatariusze listu otwartego mają z pewnością rację. W jednym punkcie jej nie mają. W niczym to nie osłabia moralnej postury Chojeckiego w tym pożałowania godnym sporze o status działacza opozycji antykomunistycznej, ale niepotrzebnie rozmywa problem tajnej współpracy z SB. Nie współpracy z SB Chojeckiego, bo do niej w ogóle nie doszło, lecz rozumienia tego, czym tajna współpraca była. Rzecz jest ważna, bo gdy tego nie rozumiemy, to i nie do końca rozumiemy, jak działał system opresji w tamtym systemie.

Sygnatariusze listu, otóż, tak konstruują swój wywód, jak gdyby argumentem na rzecz niewinności Chojeckiego były jego zasługi w walce o wolną Polskę. Mirosława Chojeckiego wielbię i podziwiam, ale nie tak należy go bronić w tej sprawie. Gdyby w tej sprawie nie broniły go wnioski z analizy dokumentów z przełomu września i października 1976 roku, jego zasługi nie powinny go bronić, bo nic nie mają do rzeczy. Miałyby coś do rzeczy, gdybyśmy kreślili bilans życia Chojeckiego, ale to w przypadku, gdy w sprawie domniemanej współpracy można byłoby mu coś zarzucić, bo wtedy zasługi jakoś by to równoważyły. Nie ma takiej potrzeby. 

Tu bronią go źródła historyczne, a zasługi nie odnoszą się do tej sprawy. Przykładowo, Chojecki nie dlatego nie może być uznany za tajnego współpracownika Służby Bezpieczeństwa w 1976 r., że w 1977 był aresztowany na 3 miesiące w związku z protestami po zabójstwie Stanisława Pyjasa. To jest rozumowanie niedorzeczne. Zaś musi być uznany za niewinnego, bo z wszelkiej wiedzy, jaką na ten temat mamy, wynika, że na przełomie września i października 1976 r. de facto odmówił współpracy. 

To że wcześnie podpisał dokument mogący wskazywać, że podejmuje się współpracy, nie ma znaczenia, bo swoim zachowaniem niezwłocznie po jego podpisaniu unieważnił jego sens. I to wszystko. Wszelkie cnoty Chojeckiego nie imają się tego sporu, podobnie jak nie imałyby się go wszelkie niecnoty - gdyby tak się później potoczyło jego życie.

Dlaczego o tym piszę, skoro zgadzam się z ogólną wymową listu otwartego? Bo w minionych latach wiele razy w przestrzeni publicznej pojawiało się rozumowanie w rodzaju: X był zasłużony ergo nie mógł być tajnym współpracownikiem SB. A przecież zdarzało się, że broniono w ten sposób ludzi, którzy - niestety - współpracownikami byli, niekiedy nawet delatorami zdradzającymi przyjaciół za pieniądze.

Tak więc, Mirku, jestem w pełni po Twojej stronie w tym sporze, ale nie dlatego, że później byłeś taki dzielny - chociaż niewątpliwie byłeś. Jestem po Twojej stronie, by tak rzec, z innego paragrafu.    

Roman Graczyk 

 

 

 

 

 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje