Reklama

Reklama

Kruchy rozejm na Ukrainie

Po 17 godzinach negocjacji podpisano w Mińsku porozumienie: zawieszenie broni, ewakuacja ciężkiej broni ze strefy buforowej, wymiana jeńców, decentralizacja - do tego punktu włącznie wiemy, co podpisano. Dalej trudno jest się zorientować co do treści mińskich uzgodnień. Już od pierwszych minut po podpisaniu umowy występują rozbieżności interpretacyjne pomiędzy stronami.

Prezydent Poroszenko mówi, że z Ukrainy mają być w najbliższym czasie wycofane obce wojska i najemnicy, zaprzecza jakoby Ukraina zgodziła się na daleko idące zmiany w konstytucji. Przeciwnie prezydent Putin. Ten podkreśla zmiany w ukraińskiej konstytucji, które dadzą więcej praw ludności Donbasu (czytaj: prawo ingerencji Rosji w wewnętrzne sprawy Ukrainy). Nic za to nie mówi o wycofaniu obcych wojsk z terytorium Ukrainy.

W istocie, utworzenie strefy buforowej i wycofanie z niej ciężkiej broni  nie jest tym samym, co wycofanie oddziałów prorosyjskich i rosyjskich z ukraińskiego terytorium. Wedle umowy, ukraińska kontrola nad jej wschodnią granicą ma być przywrócona do końca tego roku, kontrolować ma ją ukraińska straż graniczna. Mój Boże! Do końca roku Rosja może przez tę granicę przerzucić - jeśli będzie chciała - jeszcze kilka dywizji. A jaką zaporę dla rosyjskiej armii stanowić będzie po 31 grudnia ukraińska straż graniczna?

Reklama

Wszystko to każe ocenić, że porozumienie jest bardziej na pokaz niż na serio. Że bardziej konserwuje ono istniejące status quo, niż przywraca sprawiedliwy porządek w Donbasie. Czy mogło być inaczej?

Wczoraj rano, przed rozpoczęciem mińskich negocjacji, francuski minister spraw zagranicznych Laurent Fabius mówił, że kwestią zasadniczą nie jest to, czy się wierzy Putinowi, ale to, żeby mu wystawić słony rachunek za złamanie ustaleń. Bardzo pięknie to brzmi. Tyle, że to słowa bez pokrycia w rzeczywistości. Bo rzeczywistość na wschodzie Ukrainy to od marca ubiegłego roku zdobywanie kolejnych terytoriów przez Rosję, kolejne tysiące zabitych cywilów, dalsza zapaść gospodarcza tego kraju i kolejne próby Zachodu polegające na zamrożeniu sytuacji istniejącej w danym momencie. W ten sposób sankcjonuje się kolejne rosyjskie zdobycze. Pomiędzy porozumieniem Mińsk 1 z początku września, a obecnym porozumieniem Mińsk 2 Rosjanie przesunęli się o kilkadziesiąt kilometrów na zachód.

Putin raz mówi, że nie ma o czym z politykami zachodnimi rozmawiać, innym razem zaś rozmawia i obiecuje, że dalej się nie posunie (choć wszyscy wiedzą, że ciągle się posuwa). Kiedy mówi to drugie, przywódcy Zachodu udają, że uratowali pokój i wracają do swoich stolic z poczuciem dobrze wykonanej pracy. Ma to swoje konsekwencje.

Dziś odbywa się w Brukseli nieformalny szczyt poświęcony sytuacji na Ukrainie. Miano na nim zdecydować o rozszerzeniu sankcji. Ale ponieważ w Mińsku zawarto dziś rano porozumienie, to rozszerzenia sankcji nie będzie. Nie możemy tak zrobić, powiedzą szefowie państw i rządów 28-ki, skoro prezydent Rosji zgodził się na ustępstwa.  

Za pół roku, kiedy rosyjskie oddziały osiągną pozycje, które pozwolą im ostrzeliwać  z ziemi rakietami Kijów, znowu zwołana zostanie jakaś konferencja (czemu nie w Mińsku, skoro tak dobrze się tam rozmawia?) dla ratowania pokoju. I sytuacja się powtórzy. Jak długo?

Roman Graczyk    

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne