Reklama

Reklama

​KOD-y: Pryncypia i towarzystwo

Kilkoro moich znajomych z realu wybrało się w poprzednią sobotę na marsze Komitetów Obrony Demokracji, a potem, w minioną sobotę, na ich wiece w kilku polskich miastach. Nie zliczę znajomych z Facebooka, którzy zrobili tak samo. Ja zaś nie wybrałem się tam z nimi ani za pierwszym, ani za drugim razem. Mam z KOD-ami kłopot. Mój kłopot nie jest taki jak obiekcje ludu PiS-owskiego, który uważa je za ruch ludzi złej woli, ruch organizowany i opłacany przez jakieś ciemne siły przeciwne "dobrej zmianie".

O tej różnicy w ocenie KOD-ów decyduje przede wszystkim to, że uważam kolejne działania PiS-u wokół Trybunału Konstytucyjnego za psucie demokracji. A jednak z KOD-ami jest mi nie po drodze. I jest tak mimo tego, że nie sprzyjam tym działaniom PiS-u. Uważam, że hasło "dobrej zmiany" miało sens, bo wiele w naszym kraju trzeba poprawić po latach rządów Platformy, ale zmiany, jakich teraz dokonuje PiS, nie są zmianami na lepsze. Tak więc mój kłopot z KOD-ami raczej nie jest polityczny. To raczej kwestia stylu. I kwestia towarzystwa też.

Reklama

Te zgromadzenia jawią mi się jako grupy ludzi sytych, zadowolonych z siebie, dobrze zarabiających, dobrze ustawionych zawodowo i socjalnie, mających przekonanie, że posiadają słuszne poglądy i zabiegających o to, żeby wszyscy zauważyli, że ich poglądy są jak najbardziej słuszne. Jak się o to dba? Na przykład przez podkreślanie dumy z tego, jakie osoby "powszechnie znane i szanowane" też są w tym ruchu, a poniekąd stoją na jego czele. Tu mnie boli najbardziej.

Jak widzę pierwszą stronę "Wyborczej", która zaprasza na manifestacje KOD-ów, których twarzami mają być Monika Płatek i Daniel Olbrychski, to zapala mi się w głowie czerwona lampka z napisem "STOP"!

Nie cenię Pani Płatek, bo jej podejście do prawa karnego polega na totalnym relatywizmie. Tacy prawnicy rozwalają sam fundament prawa, a w dzisiejszych czasach to oni, niestety, często nadają ton. Występy publiczne Pana Olbrychskiego (z ważnym wyjątkiem jego aktorstwa) to popis kabotyństwa. Jak wielu artystów, korzysta on z okazji do wypowiadania się na dowolny temat i wydaje mu się, że ma coś szalenie istotnego do powiedzenia. Wydaje mu się nieproporcjonalnie dużo w stosunku do kompetencji.

A do tego mamy jeszcze na czele KOD-ów Romana Giertycha, który nadaje się na obrońcę demokracji jak krowa do siodła. Mamy Tomasza Lisa, naczelnego psuja dziennikarstwa, człowieka, któremu jak najsłuszniej Stowarzyszenie Dziennikarzy Polskich, nadało niedawno tytuł Hieny Roku.

Z tymi ludźmi jest mi dramatycznie nie po drodze. Nie to postrzeganie świata i Polski, nie ta estetyka, nie ten język, nie to towarzystwo, zapewne także nie te lektury.

Nie wliczam tu Ryszarda Petru. Jego także "Wyborcza" dała na tę okładkę zapraszającą na marsze KOD-ów. I chociaż lidera Nowoczesnej da się zapewne zaliczyć do kategorii ludzi sytych, zadowolonych z siebie, dobrze zarabiających, dobrze ustawionych zawodowo i socjalnie, to jednak nie budzi on mojej antypatii. Tu moja różnica z ludem PiS-owskim jest duża, bo na lud PiS-owski Pan Petru działa jak czerwona płachta na byka. Mam inny pogląd: uważam, że Petru nie tylko celnie punktuje wszystkie antydemokratyczne ekscesy Prawa i Sprawiedliwości, ale nadto robi to z pewną klasą. Bez zacietrzewienia, bez niepotrzebnych etykietek przyklejanych przeciwnikom politycznym, racjonalnie, często - chciało by się rzec - z ołówkiem w ręku. Jak na polskiego polityka jest zadziwiająco merytoryczny.

Zatem z jednym wyjątkiem Pana Petru, ci wszyscy ludzie kreowani, czy kreujący się na twarze tego ruchu protestu, nie budzą - delikatnie mówiąc - mojego entuzjazmu. I mam wrażenie, że ich obecność pcha ten ruch w zaułek beznadziejnie lemingowy.

Wszystkich znajomych i kolegów, którzy byli na tych marszach i wiecach, pozdrawiam. Fundamentalnie macie rację. Ale opakowanie tandetne - tylko tyle.

Roman Graczyk 

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy