Reklama

Reklama

​Kibolstwo, teatr i prawdziwy sens wyborów

Jesteśmy na ostatniej prostej tej kampanii wyborczej, a zatem oglądamy to, co partie mają do pokazania - w ich mniemaniu - najlepszego. A partie sądzą, że najlepsze jest to, co jest najskuteczniejsze. A ponieważ walka idzie o masową publiczność, partie pokazują jej to, co koresponduje z jej gustami.

Dawniej partie prezentowały się jako widzące głębiej i szerzej niż zwykły zjadacz chleba - ale to uznano za wyraz ich alienacji od narodu. Dlatego teraz partie na wyścigi prezentują się jako, "krew z krwi, kość z kości", nieodłączne od zwykłego zjadacza chleba. Przeciętny Polak używa dziś kibolskich środków ekspresji? Tak też muszą zrobić partie. I tak rzeczywiście robią, jak to widzieliśmy w oprawie towarzyszącej poniedziałkowej i wtorkowej debacie telewizyjnej liderów. Tadeusz Mazowiecki i Wiesław Chrzanowski - chociaż tak wiele ich różniło - solidarnie przewracają się dziś w grobie.

W obu debatach królowały okrągłe zdania, szczególnie w debacie Ewy Kopacz z Beatą Szydło. Gdyby te komunały były naprawdę odbiciem poziomu umysłowego, kompetencji i szerokości horyzontów naszych przywódców politycznych, należałoby co prędzej stąd emigrować. Na szczęście, jest lepiej, niż się wydaje. Cała ta ósemka, a szczególnie dwie przedstawicielki partii przewodzących w sondażach, nie walczyły o uwagę (i być może głosy) ludzi jako tako zorientowanych w polskich i światowych problemach. One walczyły o uwagę ludzi, którzy o Polsce i świecie nie wiedzą prawie nic. I dlatego ważne było nie tyle, co się powie, ale jak się powie. A nawet gorzej: gdyby Ewa Kopacz lub Beata Szydło mówiła teraz o rzeczywistych problemach w całym ich skomplikowaniu, mało kto by je rozumiał, a już na pewno nie ci, o których głosy PO i PiSe muszą teraz zabiegać. Demokracja to przeciętność - niestety.

W odległych czasach kultu wiedzy demokratyczna rywalizacja o głosy nie musiała przybierać form tak prymitywnych. Dzisiaj musi. Pierwszym, który się o tym przekonał na własnej skórze, był Tadeusz Mazowiecki w 1990 roku. Ówczesnemu premierowi wydawało się, że skoro ma koherentny program, wystarczy że go przedstawi - bez żadnej maskarady, bez udawania, że się jest kimś innym (nie oceniam teraz polityki rządu Mazowieckiego, wiadomo, że miała wady, ale teraz nie w tym rzecz). Lech Wałęsa miał genialną intuicję: nie ważna treść, liczy się tylko forma. Założył, że może powiedzieć dowolne głupstwo, byle tylko miało to odpowiedni poziom emocji, byle apelowało do uczuć wyborców, a - broń Boże! - nie do rozumu. Wygrał w cuglach. A facet, który opowiadał już zupełne brednie, ale w atmosferze niedomówień, niejasnych oskarżeń i nieograniczonych obietnic - Stan Tymiński - pokonał solidnego, dobrze przygotowanego i powściągliwego Mazowieckiego.

Od tego czasu minęło już 25 lat i przez te ćwierć wieku partie uczyły się krok po kroku, tego, że w kampanii wyborczej najmniej ważna jest treść, a najbardziej forma. Aż doszliśmy do tego, co mamy dzisiaj: kibolstwa najbliższego otoczenia, nie odpowiadania na pytania, wygłaszania okrągłych zdań, które spodobają się możliwie wszystkim.

Ale musimy przez to przejść. Ani pani Kopacz, ani pani Szydło, ani liderzy mniejszych partii, nie są tak ograniczeni, na jakich się kreują - zobaczymy to po wyborach, gdy nie będzie już trzeba schlebiać najniższym gustom. Głowa do góry!

Roman Graczyk       

Reklama

Dowiedz się więcej na temat: Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje