Reklama

Reklama

Kaczyński pełen sprzeczności

Jarosław Kaczyński skończył 70 lat. Z pewnością przejdzie do historii (chyba jeszcze nie teraz, muszę tu zasmucić legion jego wrogów) jako jeden z najważniejszych polityków 30-lecia wolnej Polski. Mało kto budzi tak skrajne emocje jak Kaczyński, dlatego to zapisanie się jego w historii będzie oceniane wybitnie niejednorodnie. Dla zwolenników będzie niemal zbawcą, politykiem który powstrzymał Polskę przed upadkiem; dla przeciwników będzie Wielkim Psujem Polski.

Moja ocena jest ambiwalentna. Ma on wiele zalet umysłu, z których może najważniejszą jest przenikliwość analizy politycznej, a zarazem jest człowiekiem zaskakująco małostkowym. Jest nieprzeciętnym liderem, a zarazem człowiekiem, z którym nie sposób współdziałać na partnerskich warunkach.

Jest wybitnie inteligentny, a systematycznie przegania ze swego otoczenia ludzi inteligentnych (Dorn, Ujazdowski ...). Jest zakorzeniony w polskiej kulturze, potrafi posługiwać się inteligenckim kodem kulturowym, a zarazem wokół siebie nie toleruje (z małymi wyjątkami: Gowin, Legutko) takich ludzi.

Reklama

Jest budowniczym sceny politycznej, a zarazem jej bezwzględnym dekonstruktorem. Kaczyński ma wizję silnej Polski, ale nie ma przekonania do silnych instytucji (a w każdym razie do instytucji demokratyczno-liberalnego chowu). Walczy o to, żeby Polska była szanowana na arenie międzynarodowej, a zarazem robi wiele, żeby nasi partnerzy nie mogli nas szanować.

Co Jarosław Kaczyński ma na pewno, to słuch absolutny na te problemy społeczne, które da się łatwo zdyskontować wyborczo. Poznał Polaków do trzewi, więc wie, jaką czułą strunę, kiedy nacisnąć, żeby zaskarbić sobie ich wdzięczność, niekiedy polityczne przywiązanie, a w przypadku ludu PiS-owskiego wręcz oddanie porównywalne z tym, jakim u ludu sanacyjnego cieszył się sam Józef Piłsudski.

Jarosław Kaczyński też stanął na czele ruchu/obozu, który zresztą zbudował, wykazującego wiele podobieństw do przedwojennego BBWR-u. Jedyna poważniejsza różnica z PiS-em jest taka, że partia Piłsudskiego nie nazywała się partią polityczną, chociaż w istocie była nią. Kaczyński zaczynał w 1989 roku jako senator z województwa elbląskiego, a doszedł do pozycji sanatora. Podobieństw PiS-u z sanacją jest bardzo wiele, poczynając od dumnego powiewania proporcem polskości, a skończywszy na praktyce rządzenia ponad prawem.

I Piłsudski, i Kaczyński chcieli wielkiej, silnej Polski. Obaj uważali, że mają jakiś specjalny mandat do rządzenia (choć inna była natura jego legitymizacji u Piłsudskiego, a inna jest u Kaczyńskiego). Obaj dawali sobie moralne prawo do nierespektowania reguł.

W końcu obaj doczekali się u swoich zwolenników statusu męża opatrznościowego. To jest dla mnie zagadkowe, jeśli chodzi o Kaczyńskiego, bo Piłsudski - wiadomo - zbudował swoją legendę jako bojowiec PPS-u, Sybirak i dowódca armii, która obroniła Polskę przed komunizmem w 1920 roku. W jaki sposób takiego statusu dopracował się u swoich Kaczyński - dalibóg, nie wiem, ale się dopracował, jest dla ludu PiS-owskiego nie jak przywódca partii, ale jak król Polski.

Ułuda siły jest cechą systemów jedynowładczych. Ułuda, bo po niej następuje bolesny krach (np. Wrzesień 1939). Zauroczonym zwolennikom Jarosława Kaczyńskiego chciałbym zatem na koniec przypomnieć, że swoim bezrefleksyjnym uwielbieniem dla JK budują system kultu jednostki, a to się nigdy dobrze nie kończy.

W polityce, jak w przyrodzie, przywódcy rodzą się na jakiejś glebie - mniej czy bardziej podatnej na osobowości raczej liberalne, albo raczej autorytarne. Zapiekłym wrogom prezesa PiS-u chciałbym odświeżyć pamięć np. przypomnieniem afery hazardowej i jej mistrzowskiego niewyjaśnienia przez Platformę, bo to na takim niszczeniu zaufania do liberalnej demokracji buduje się sukces takich polityków jak Jarosław Kaczyński.        

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne