Reklama

Reklama

Kaczyński jak Piłsudski: Czego to dowód?

Jarosław Kaczyński będzie wicepremierem w rządzie Mateusza Morawieckiego. Prosty ten komunikat zawiera jednak w sobie treści - politycznie i instytucjonalnie - paradoksalne. Warto się przy nim przez chwilę zatrzymać.

Kaczyński będzie w rządzie podwładnym swojego podwładnego w partii. Nietrudno przewidzieć, jaki to będzie miał wpływ na funkcjonowanie rządu. Najkrócej mówiąc: nie zazdroszczę tej sytuacji Panu Premierowi. Jego autorytet w rządzie będzie pochodną autorytetu jednego z członków rządu. Wprawdzie znawcy przedmiotu powiadają, że Pan Prezes jest zdecydowany oddać - w przyszłości - polityczną schedę Panu Premierowi i że jego wejście do rządu (poza problemami wynikającymi z rachunku sił w Zjednoczonej Prawicy) wiąże się właśnie z przedsięwzięciem utorowania Mateuszowi Morawieckiemu drogi do tej schedy, ale intencja nie musi tu równać się ostatecznemu rezultatowi. Czym innym jest bowiem stworzenie politycznych warunków do tego, by delfin stał się rzeczywiście dziedzicem schedy, czym innym zaś ręczne sterowanie. To pierwsze oznaczałoby sprzyjanie takim sytuacjom, w których naturalne przewagi Morawieckiego (np. kompetencja w sprawach gospodarczych) brałyby górę, a w ten sposób Pan Premier krok po kroku umacniałby swoją pozycję polityczną w Prawie i Sprawiedliwości. To drugie zaś jest tworzeniem sytuacji, w których Pan Prezes otacza opieką swojego faworyta. I teraz kluczowe pytanie, czy Kaczyński potrafi to tak czynić, by samemu usuwać się w cień, a dawać Morawieckiemu pole do popisu, czy też tego nie potrafi.

Reklama

Moim zdaniem osobowość Jarosława Kaczyńskiego i jego długoletnie polityczne nawyki czynią tego rodzaju przedsięwzięcie słabo wykonalnym. Obawiam, że cała polityczna osłona dla Morawieckiego będzie polegała na podejmowaniu najważniejszych decyzji za niego. Będzie to więc i dla rządu, i dla jego nominalnego szefa sytuacja nieznośna. A dla przyszłego dziedzica PiS-owskiej schedy żaden zysk, bo wszyscy będą widzieć, że tyle władzy Morawieckiego, ile przychylności Kaczyńskiego. A to jest za mało dla posiadania prawdziwego autorytetu w polityce - w PiS-ie, czy gdzie indziej. Będzie to sytuacja podobna do tej, jaką w 1926 r. wytworzył Piłsudski, forsując wybór Mościckiego na urząd Prezydenta RP. Dopóki życia Marszałka, dopóty siły politycznej Ignacego Mościckiego w obozie sanacyjnym. Gdy Piłsudskiego zabrakło, zaczęły się podjazdowe walki w tym obozie, bo nie było arbitra, który te animozje ukrócał. Podobnie może być w PiS.

Gdy wspomina się w kontekście nowego składu rządu przykład Piłsudskiego, który od Zamachu Majowego był w kolejnych rządach ministrem spraw wojskowych, niekiedy uważa się kwestię za rozstrzygniętą: zrobił tak Marszałek i było dobrze, więc może tak zrobić Pan Prezes i też będzie dobrze. Otóż, moim zdaniem, to wtedy w ogóle nie było dobrze. Mity mają swoją moc i to jest trochę korzystne, bo nam poprawiają narodowe i państwowe samopoczucie, ale też trochę niekorzystne, bo nas oszukują. Twierdzę zatem, że to wcale nie było dobrze, gdy pozycja polityczna jednego człowieka kładła się cieniem na całym ładzie instytucjonalnym państwa. Posiedzenia rządu, niezależnie od tego, czy premierem był Bartel, Sławek, Prystor czy Sładkowski były zawsze osobliwe z tej racji, że zwykły minister miał - jeśli tylko chciał - ostatnie słowo, nie zaś szef rządu. Podobnie dziwacznie funkcjonował urząd Prezydenta RP, bo formalny jego gospodarz był nim tylko o tyle, o ile mu na to pozwolił lokator Belwederu. Cały ład konstytucyjny (już nie mówiąc o zniszczeniu jego demokratycznej podstawy) też działał nie w oparciu o swoje wewnętrzne zasady, lecz w oparciu wolę jednego człowieka - tego, który doszedł do władzy nie przez wybory, tylko przez Most Kierbedzia.    

Myślę więc, że przedsięwzięcie politycznego umacniania Morawieckiego w ten sposób nie zyska nowych energii, a rząd nowej skuteczności - raczej jedno i drugie skomplikuje się. Jeśli wejście Jarosława Kaczyńskiego do rządu rzeczywiście w czymś będzie skuteczne, to w politycznym osaczaniu Zbigniewa Ziobry. Nowy urząd pod przewodnictwem Kaczyńskiego, Komitet do spraw Bezpieczeństwa, sprawi, że władza Ziobry nad prokuraturą zacznie wymykać mu się rąk. Istotne politycznie pytanie jest więc takie, czy - młodszy od Pana Prezesa i jeszcze pełen politycznego wigoru Pan Minister - znajdzie na to jakąś skuteczną broń?

Roman Graczyk  

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL