Reklama

Reklama

​Jeszcze jedno kontuzjogenne wstawanie z kolan

Niemcy mają nowego ambasadora w Polsce - jest nim Arndt Freytag von Loringhoven. Mogło to zostać przeprowadzone rutynowo, tak, jak się takie rzeczy normalnie załatwia w relacjach dyplomatycznych. Ale zostało - jak często pod tymi rządami - przeprowadzone niekonwencjonalnie: hałaśliwie, z odsłanianiem naszych urazów, naszych kompleksów i naszego nigdy niezaspokojonego dążenia, żeby inni (czyli Zachód w ogólności, a szczególnie Niemcy) traktowali nas z należytym respektem.

Piszę "nas", chociaż w żadnym stopniu to nie jest mój sposób postrzegania świata, ani mój pogląd na skuteczność  w polityce zagranicznej. Piszę tak, ponieważ stał za tym (choćby tylko nominalnie) polski rząd. A co robi polski rząd, siłą rzeczy mnie angażuje, choćbym się z tym do spodu nie zgadzał. Dlatego trzeba rzec, że myśmy (my Polacy, jako polskie państwo) pokazali tutaj jakiś obraz nas samych - niestety. Ale zaraz dopowiadam: są to niedowarzone i żałosne próby wybicia się na wielkość. Polsce respektu od tego w świecie nie przybędzie, wręcz przeciwnie.

Reklama

Nowy ambasador miał pecha urodzić się w 1956 r. w rodzinie niemieckiego oficera Wehrmachtu. W chorej wyobraźni Jarosława Kaczyńskiego, bo to on w istocie stał za 3-miesięcznym brakiem agrément naszego MSZ dla kandydatury von Loringhovena, ten fakt decyduje o tym, że Polska dostrzega brak kwalifikacji tego zawodowego dyplomaty, z długim stażem na ważnych placówkach, do reprezentowania Niemiec w Warszawie. Rozumieć przez to należy brak kwalifikacji moralnych, no bo chyba Naczelnik Państwa nie posuwa się do twierdzenia, że przeszłość ojca wpływa wręcz na niekompetencję syna. Ale i tak to, co prezes rządzącej partii na ten temat uważa, jest dostatecznie osobliwe, by się zafrasować losem Polski pod jego władzą.

Gdyby tak się rzeczy naprawdę miały, bylibyśmy niewolnikami wyborów moralnych naszych przodków. Taki Niklas Frank, na przykład, nigdy nie zostałby dziennikarzem, nie mógłby w ogóle zabierać głosu w sprawach niemieckiej przeszłości, włącznie z tą, która była udziałem jego ojca, Hansa Franka. To, że Niklas całkowicie moralnie dezawuuje drogę swojego ojca, też nie miałoby znaczenia, ponieważ jako syn nazisty byłby po wieczne czasy skażony nazistowskim myśleniem i wszelkie jego w tej materii oświadczenia byłyby niewiarygodne.

Wedle tego plemiennego myślenia von Loringhoven junior jako ambasador w Polsce jest obrazą dla Polaków dlatego tylko, że jest synem von Loringhovena seniora. Nieśmiało przypomnę, że ten sam prezes partii rządzącej nie ma problemu z przeszłością już nie Piotrowicza seniora, ale wręcz Piotrowicza juniora - człowieka, który w latach 80 okazał uległość wobec władzy komunistycznej, a dziś - z tej prawdopodobnie przyczyny - jest używany przez rządzący obóz do zadań specjalnych, obecnie został "rzucony na odcinek, wicie, rozumicie" Trybunału Konstytucyjnego. Tam przeszłość ojca moralnie kompromituje syna, tu przeszłość własna nie kompromituje.

Niektórzy komentatorzy zwracali uwagę, że von Loringhoven był dla Polski niewygodnym kandydatem ze względu na jego bliskie związki z niemieckim wywiadem. Panowie, Panie, nie żartujcie! Czy naprawdę chcecie twierdzić, że dyplomacja nie ma nic do służb specjalnych i że przypadek von Loringhovena jest tu wyjątkowy? Każdy ambasador każdego państwa jest narzędziem budowania wpływów tego państwa, w kraju w którym rezyduje. Dla państwa przyjmującego ważne jest, żeby znać jego modus operandi w tej materii i w razie potrzeby odpowiednio go powściągnąć. Jednak między sojusznikami ta sfera przybiera formy cywilizowane. Pan Prezes nie zauważył, że jesteśmy teraz sojusznikiem Niemiec? I nie wie, że jest jakaś różnica w metodycznej podejrzliwości Polski wobec prowadzenia się w Warszawie ambasadora Niemiec i ambasadora Rosji? A zresztą, czy naprawdę będziemy ociągać się z udzielaniem agrément przedstawicielom Rosji w Warszawie dlatego, że ich ojcowie byli działaczami KPZR, albo oficerami w Armii Czerwonej?

Nie wiem, co Polska zyskała przez tę demonstracyjną zwłokę. Nie twierdzę, że na pewno nic, być może o tym domniemanym zysku nie można głośno mówić. Ale straciliśmy na pewno wizerunkowo, jawiąc się - kolejny raz - jako państwo rządzące się obsesjami. Wbrew temu, co głoszą zwolennicy polityki "wstawania z kolan", prestiż Polski w relacjach międzynarodowych ma znaczenie. Można nie brać pod uwagę tego, "co się o nas mówi w Paryżu i Berlinie", gdy w grę wchodzą nasze interesy. Tu sztandarowym przykładem jest Nordstream 2. Ale w tym wypadku głupio upieraliśmy się z powodu antyniemieckich obsesji prezesa partii rządzącej.

Jaki to miało sens? Podgrzane zostały antyniemieckie emocje, to widać. Coś jeszcze?

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne