Reklama

Reklama

Hołownia odchodzi, Lis się obnaża

Szymon Hołownia odszedł z "Newsweek Polska", bo uznał, że krytyka Kościoła na jego łamach jest nierzetelna - i napisał to na blogu. Wyjaśnił tam, dlaczego uważa tezy tekstu o księżach prowadzących podwójne życie: kapłana i ojca dzieciom za nieuzasadnione.

Wydawałoby się: nic bardziej naturalnego. Znany dziennikarz odchodzi po wielu latach ze znanego pisma - nie na emeryturę przecież - więc tłumaczy motywy swojej decyzji. Czytelnicy lubią wiedzieć takie rzeczy. Tekst Hołowni jest merytoryczny, nikogo nie odsądza od czci i wiary, włącznie ze swoimi (byłymi) koleżankami i kolegami redakcyjnymi. Co w takiej sytuacji może albo powinien zrobić redaktor naczelny tygodnika?

Reklama

Moim zdaniem, miał dwie sensowne możliwości pożegnania swojego dziennikarza. Mógł napisać: skoro uznałeś, że tyle nas dzieli, rozumiem, chociaż żałuję, i dziękuję za wieloletnią obecność na naszych łamach. Albo: skoro rzeczywiście tyle nas dzieli, rozumiem i nie żałuję, ale i tak dziękuję...

Tymczasem naczelny redaktor polskiego "Newsweeka" na pożegnanie Hołowni opublikował na swoim blogu tekst zupełnie niebywały. Zachęcam do jego lektury nie dlatego, że jest dobrze napisany - bo nie jest. Nie dlatego, że jest mądry - bo nie jest. I nie dlatego, że jest kurtuazyjny, jak powinien być tekst na pożegnanie odchodzącego kolegi-dziennikarza. Wprost przeciwnie, tekst jest napastliwy i obrażający Hołownię.

Zachęcam do jego lektury, bo jest - zważywszy okoliczności - kuriozalny, a najbardziej dlatego, że jakoś obnaża Tomasza Lisa. Autor tak bardzo nie panuje tu nad swoimi emocjami, że po trosze pokazuje, kim naprawdę jest.

Mniejsza już o to, że Lis twierdzi, iż obecna linia redakcyjna "Neewsweek Polska" to nic innego jak odbicie postulatów dawno już zrealizowanych na Zachodzie. To stawia kwestię, czy literalnie wszystko, co jest normą na Zachodzie, powinno być dla nas niepodważalną busolą? Moim zdaniem, nie wszystko, ale OK, Tomasz Lis należy do grona kopistów, nie ma - jak ogromna większość wziętych dziennikarzy w Polsce - ambicji krytycznego przemyślenia wzorców cywilizacyjnych, ku którym, tak czy inaczej, zmierzamy. Tu Lis mieści się w polskiej normie.

Mniejsza także o to, że okłada Hołownię inwektywami: "świętoszek", "hipokryta", "specjalizujący się od kasowania (cyt. za oryginałem - RG) z dwóch stron, od zakrystii (...) i z komercji", "załgany pseudoliberalny pseudodoktrynalny, dwie piersi ssący liberalny katolik". Taki styl polemiki ze swoimi oponentami Tomasz Lis stosuje od dawna. A ponieważ z niedzieli na poniedziałek oświeciło go i uznał, że Hołownia od tego momentu nie jest "swój", lecz "obcy", to zastosował ten arsenał środków rażenia tym razem w stosunku do niego. To także znamy.

Jeśli mówię, że Lis obnażył się, mam na myśli nie jego naśladowczy stosunek do Zachodu ani jego prostacki styl polemiki. Lis obnażył w tym tekście swój oportunizm. Słusznie zauważył Piotr Gursztyn, że Lis kiedyś był wyznawcą zupełnie innych poglądów niż te, które głosi dzisiaj. Tak się jakoś składa, że takie poglądy wtedy uchodziły za politycznie poprawne, dziś zaś uchodzą za wsteczne.

Tomasz Lis pisze: "Nie jestem na przykład za prawem par homoseksualnych do adopcji. Może za jakiś czas będę, ale dziś wciąż wydaje mi się to radykalizmem".

Co to znaczy? To znaczy, że gwiazda polskiego dziennikarstwa przyznaje, iż uważa za naturalne, że z zasady głosi poglądy niekontrowersyjne. Póki mu nie powiedzą (ci, którzy naprawdę wyznaczają miary), że już można być za adopcją dzieci przez pary homoseksualne, będzie przeciw.

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje