Reklama

Reklama

Gardzienice i świat

Gdyby Andrzej Lepper nie był Lepperem jakiego znaliśmy, czyli uosobieniem "buractwa", z pewnością ekscesy obyczajowe "Samoobrony" (w tym słynna "praca za seks") nie wyszłyby tak szybko na jaw.

Głośny artykuł Witolda Mrozka o przemocy w teatrze Gardzienice stał się jeszcze głośniejszy z powodu reakcji na zawarte tam treści. Mnie szczególnie zainteresowały reakcje obronne w stosunku do dyrektora Gardzienic - Włodzimierza Staniewskiego. 

Reklama

Najbardziej "klasyczna" jest obrona przeprowadzona przez Mariusza Gołaja, długoletniego aktora Gardzienic i zastępcy Staniewskiego. Twierdzi on mianowicie, nie zaprzeczając faktom przedstawionym w tekście Mrozka, że oskarżenia wobec Staniewskiego są niewdzięcznością wobec Mistrza. Tu leży sedno nieporozumienia.

Skoro Staniewski jest wielkim reżyserem, to dokonywane przez niego rzekome nadużycia - wykorzystywanie pozycji służbowej do załatwiania prywatnych interesów, przemoc psychiczna, a niekiedy także fizyczna, z propozycjami współżycia seksualnego włącznie - trzeba, wywodzi Pan Gołaj, jak gdyby wziąć w nawias. Wielka Sztuka tego wymaga, zdaje się mówić aktor Gardzienic. Otóż nic nie tłumaczy poniewierania ludzkiej godności, nawet Wielka Sztuka.

Gwoli sprawiedliwości historycznej trzeba przypomnieć, że ważne środowiska opiniotwórcze, w tym osoby związane z "Wyborczą", swego czasu stały na podobnych pozycjach, do dzisiejszej pozycji Mariusza Gołaja, w sprawie oskarżeń wobec Romana Polańskiego. Sens tych obrończych mów był taki, że Polańskiemu, jako wybitnemu twórcy, jak gdyby wolno więcej. Cieszę się, że Koleżanki i Koledzy z Czerskiej zeszli w tych sprawach z Księżyca na Ziemię. Ciekawe, czy dożyjemy czasów, gdy nie będzie na tamtych łamach obowiązywać doktryna "Wałęsie wolno więcej"? Oj, chyba zanadto się rozmarzyłem.

Wracając do przypadku Staniewskiego, przypuszczam, że będzie on miał mniej szczęścia, niże mieli go przez lata i dziesiątki lat rozmaici Mistrzowie, Dyrektorzy i Prezesi, rozmaitych instytucji - nie tylko instytucji kultury - w kraju nad Wisłą. Gdyby Andrzej Lepper nie był Lepperem jakiego znaliśmy, czyli uosobieniem "buractwa", z pewnością ekscesy obyczajowe "Samoobrony" (w tym słynna "praca za seks") nie wyszłyby tak szybko na jaw. Wiemy przecież, że nadużycia w Gardzienicach trwały dziesiątki lat, podobnie w kilku innych środowiskach - przecież nie zawsze naznaczonych obecnością aż tak wielkiej osobowości artystycznej. Dobra pogoda dla samców korzystających z pozycji władzy chyba się w Polsce kończy.

Zarazem chciałbym przestrzec przed popadaniem w inne exstremum. We Francji od kilku lat ruch feministyczny sprzeciwia się obecności Romana Polańskiego w przestrzeni publicznej w innym charakterze, jak tylko jako gwałciciela. Np. dąży się do odwoływania retrospektyw jego dorobku filmowego z tej racji, że reżyser ma na sumieniu rzeczy niegodziwe.

Prawda, Wielki Reżyser ma wiele na sumieniu. Uznać, że z racji jego talentu wolno mu więcej, byłoby nonsensem i niegodziwością. Ale zarazem twierdzić, że z racji jego przewin, wielkie dzieła, które stworzył, nie są wielkie, jest czymś równie nonsensownym. I także - powiedzmy to - niesprawiedliwym wobec reżysera.

Podobnie jest ze Staniewskim. Być może, pod wpływem ujawnianej właśnie prawdy o podskórnym życiu Gardzienic, instytucja nie przetrwa. Zrozumiałbym to i uznałbym za pewnego rodzaju wyrok historycznej sprawiedliwości. Ale "Gusła", "Żywot protopopa Awwakuma", "Carmina Burana" i inne przetrwają. A że będzie to pomnik ze skazą? Nie mam z tym problemu. Taki nieprosty w ocenach jest nasz świat.

Roman Graczyk         

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne