Reklama

Reklama

Dziwny jest ten świat

Dziwny jest ten świat. Michał Sz. (skrócona forma nazwiska z powodu postawienia mu zarzutów prokuratorskich), mężczyzna, który ma w dokumentach stanu cywilnego wpisane: "płeć: mężczyzna", a także nie pozbył się widocznych gołym okiem atrybutów męskości, uważa się - ponoć - za osobę płciowo niebinarną. Powiadam "ponoć", bo z kolei używa żeńskiego imienia "Margot" i życzy sobie, by w formie zaimkowej pisać i mówić o nim "ona".

Trochę to skomplikowane i nie do końca logiczne, bo skoro Michał Sz. jest binarny, to formy kobiece nazewnictwa, jakich sam w stosunku do siebie żąda, nie są ani trochę bardziej uzasadnione od męskich, ale niech mu będzie. Przyjmuję do akceptującej wiadomości, że taka jest jego samoświadomość. Tak się czasem zdarza i jestem najdalszy od wyśmiewania się z tego. Jeśli bowiem rzecz jest na serio, a nie dla zgrywy (nie wiem tego, a skoro nie wiem, to wolę zakładać, że na serio), to człowiek ten nie czuje się sobą w ciele mężczyzny.

Reklama

Przypomnę, pro domo sua, że kilka lat temu, gdy tamta sprawa była głośna, naprawdę nie bolało mnie nazywanie Anny Grodzkiej kobietą i nie miałem potrzeby przypominania w każdym zdaniu, że urodziła się jako mężczyzna - sprawa była załatwiona. Ale tu?

Tu nic nie jest załatwione (i to nie tylko od strony urzędowej) i mam wrażenie, że właśnie chodzi o to, żeby załatwione nie było, ale żeby - mimo to - domagać się od wszystkich takich reakcji, jak gdyby było. Facet nazywa się jak mężczyzna, wygląda jak mężczyzna, zachowuje się jak (brutalnie, a wszak ta cecha raczej przynależy, niestety, nam) mężczyzna, ale domaga się, by pisać i mówić o nim jak o kobiecie. I idzie na wojnę z tymi, którzy go tak nie nazywają, a cała masa jego wielbicieli napada (na razie słownie) na tych, którzy nie chcą wraz z nimi stanąć na głowie. Ci, którzy próbują opierać się, są traktowani jak wrogowie osób LGBT.

Tak więc ja też tym, co tu klaruję, wpisuję się na tę listę. Jestem LGBT-fobem nie dlatego, iżbym wyrażał jakąkolwiek wyższość heteronormatywnych nad nie heteronormatywnymi. Nie dlatego, iżbym postulował przymusowe leczenie, odebranie praw obywatelskich, czy podobne rzeczy. Również nie dlatego, iżbym tych ludzi wyśmiewał, czy poniżał. Nie - wystarczy, że nie chcę pisać o Michale Sz. per "ona", ani nazywać Margot. Podobnie próbował nie nazywać białego czarnym Piotr Jedliński, prezes Radia Nowy Świat (czyli "Trójki" na Wychodźstwie), ale szybko został "poprawnościowo" przywołany do porządku. Zmienił zdanie, ale jego rejterada nie na wiele się zdała, bo następnie podał się do dymisji. Czy został do niej wprost zmuszony, czy tylko ocenił, że sytuacja w Radiu stała się dla niego nieznośna, niewiele zmienia. Faktem pozostaje, że jego los jest smutnym dowodem, że żyjemy w świecie postawionym do góry nogami, a kto o tym ośmieli się powiedzieć, ten musi ponieść konsekwencje. Takie są skutki semantycznej rewolucji, jaka się dokonała - na Zachodzie w drugiej połowie XX w. (ściślej mówiąc, po 1968 r.), a u nas ciągu 30 lat wolnej Polski, przy czym przyspieszenie "walki ze wstecznictwem" w języku skłonny byłbym umiejscawiać po 2005 r., czyli po śmierci Jana Pawła II.

Dawniej za przemoc uchodził akt fizycznej agresji lub wykorzystanie psychicznej przewagi dla pognębienia drugiej osoby, rewolucjoniści semantyczni wprowadzili zaś pojęcie "przemocy symbolicznej" - tu przemocą może być już wszystko. Ja, na przykład, pisząc o Michale Sz. "on", używam - wedle tych nowych reguł - przemocy symbolicznej wobec niego. Powinienem, wraz ze (prawie) wszystkimi, stanąć na głowie, a skoro nie chcę, jestem agresorem i LGBT-fobem. Dawniej małżeństwem był prawny związek kobiety i mężczyzny, ale semantyczni rewolucjoniści zmienili zawartość znaczeniową słowa "małżeństwo" na związek każdego z każdym. Ciekawe, czy na drodze wyzwalania języka posuną się do tego, żeby "wrzątkiem" nazywać ciecz o temperaturze np. od 0 do 100 stopni Celsjusza, "lodem" ciecz o temperaturze np. mniejszej od plus 10 stopni Celsjusza... Gdyby byli konsekwentni, powinni to zrobić.

Na razie nasi rodzimi rewolucjoniści spod znaku LGBT przyjmują strategię brania szturmem. A wiadomo, uczyli tego Lenin z Dzierżyńskim, że szczytny cel uświęca środki. Dlatego, wedle logiki bolszewickiej, nie jest moralnym złem znieważanie symboli religijnych chrześcijan (dzieło m. in.  Michała Sz.), ani zniszczenie furgonetki organizacji pro-life, ani pobicie jej kierowcy (także dzieło Michała Sz.). Tak uczyli Lenin z Dzierżyńskim, ale nasi rewolucjoniści posuwają się dalej, bo są już mądrzejsi o odkrycia rewolucji semantycznej. Bogatsi tą wiedzą  nie uważają znieważania uczuć religijnych za znieważanie uczuć religijnych, zniszczenia furgonetki za zniszczenie furgonetki, ani pobicia kierowcy za pobicie kierowcy. Za to uważają Michała Sz. za nie-mężczyznę, a nazywanie go mężczyzną kwalifikują jako haniebny akt przemocy symbolicznej.

Niektórzy "bourgeois" twierdzą, że te drastyczne metody, jako że degustują ludzi umiarkowanych i skłonnych do kompromisu, zaszkodzą sprawie LGBT. Nie wiem, czy tak będzie. W końcu brutalne działania Włodzimierza Iljicza i Feliksa Edmundowicza w 1917 r., chociaż nie zyskały sympatii ludzi umiarkowanych, dały władzę bolszewikom. Historia nie jest sprawiedliwa, w każdym razie na to bym nie liczył. Ale jakkolwiek będzie, już teraz poprawność każe się oflagować w odpowiednie barwy i wyrażać głośno solidarność z Margot - nie zważając ani na furgonetkę, ani na jej kierowcę, ani na figurę Chrystusa sprzed kościoła Św. Krzyża.   

Chcecie tak? Proszę bardzo! Beze mnie.

Roman Graczyk   

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje