Reklama

Reklama

Czystka w "Rzepie", czyli łukaszenkizacja

Tym razem sprawa jest naprawdę poważna. Dyscyplinarne zwolnienie z "Rzeczpospolitej" Cezarego Gmyza i ogólniejsza czystka polityczna w tym dzienniku stawiają na porządku dziennym coś więcej niż tylko problem pluralizmu w mediach. Stawiają problem ładu demokratycznego w Polsce. Nie owijając w bawełnę: przypadek Gmyza świadczy o łukaszenkizacji systemu demokratycznego w Polsce. Jeszcze nam do modelu białoruskiego daleko, ale sam fakt, że taka czystka była możliwa, dowodzi, że zrobiliśmy krok w kierunku Białorusi. Oddalając się od Anglii.

Nie wystarczy organizować w regularnych odstępach czasu wyborów, żeby mówić o istnieniu demokracji. To dlatego dziesiątki krajów Maghrebu, Bliskiego Wschodu, czarnej Afryki, Azji Południowej i Wschodniej czy Ameryki Łacińskiej praktykują u siebie tylko niby-demokrację, mimo zachowywania demokratycznej fasady. Organizują wybory (załóżmy dla uproszczenia, że uczciwe, co zresztą wcale nie musi być prawdą), ale zawsze wygrywa w nich ekipa aktualnie sprawująca władzę. Przykładem modelowym jest nasz wschodni sąsiad: Białoruś.

Reklama

Demokracja jest dopiero wtedy, gdy urzędująca władza może przegrać wybory. A może je przegrać nie tylko wtedy, gdy popełnia błędy i ludzie są niezadowoleni, ale przede wszystkim wtedy, kiedy ustrukturyzuje się opinia publiczna, a na jej fundamencie działają solidne partie polityczne, również takie, które mają potencjał (głosy wyborców, program, kadry, struktury, pieniądze) do przejęcia władzy. Ta polityczna infrastruktura demokracji nie może zaś poprawnie funkcjonować bez infrastruktury opinii publicznej, a więc przede wszystkim niezależnych od władzy i pluralistycznych mediów.

Nie potrafię ocenić, czy i jakie błędy popełnił w swoim artykule Cezary Gmyz. Nie mogę ręczyć, że żadnych. Dlatego nie podpisałem listu otwartego z bezwarunkowym poparciem dla niego. Ale widać gołym okiem, że wokół jego tekstu rozpętała się burza na najwyższym szczeblu polskiej polityki. Widać, że dementi prokuratury było raczej odpowiedzią na polityczne zapotrzebowanie rządu niż stanowczym merytorycznym zdezawuowaniem jego twierdzeń. Widać też, że zwolnienia personalne w "Rzeczpospolitej" poczyniono bardziej na pokaz (dla udowodnienia, że właściciel nie wyłamuje się etablishmentu) niż z powodu rzeczywistej odpowiedzialności poszczególnych osób za ewentualne błędy. Dlatego podpisałem inny list otwarty, protestujący przeciwko nagonce na Gmyza i ostrzegający przed pogłębianiem się nierównowagi ładu medialnego w Polsce. Wbrew ostrzeżeniom sygnatariuszy tego listu, czystka w "Rzeczpospolitej" została przeprowadzona.

Czystka została przeprowadzona ku uciesze (a nawet z inspiracji) części środowiska medialnego. W przeciwieństwie do Stefana Niesiołowskiego, który z przyrodzonym sobie wdziękiem orzekł, że zwolnieni z "Rzeczpospolitej" powinni odejść z zawodu dziennikarskiego, uważam, że z zawodu dziennikarskiego powinni raczej odejść ci, którzy w ostatnich dniach szczuli władze "Presspubliki" na Gmyza i nawoływali - ba!, dalej nawołują - do "normalizacji".

Młodym PT Czytelnikom przypomnę, że "normalizacją" nazywano na przełomie lat 60. i 70. systematyczne czystki dokonywane w czechosłowackiej partii komunistycznej, w administracji, w mediach i w wielu innych dziedzinach życia publicznego w Czechosłowacji po agresji wojsk Układu Warszawskiego w sierpniu 1968 roku, mającej zapobiec wyłamywaniu się tego państwa z "rodziny państw socjalistycznych".

Teraz do "normalizacji" w polskiej prasie nawołuje między innymi Jacek Żakowski, pisząc w "Polityce": "Pod prawicowym, konserwatywnym, patriotycznym szyldem uformowała się bowiem [w "Rzeczpospolitej" - RG] grupa publicystów od dwóch dekad obsesyjnie starających się wmówić odbiorcom, że żyjemy w państwie opanowanym przez jakiś potworny spisek - magdalenki, układ, sekty, czerwone pajęczyny. Istnienie spisku jest dla tej grupy bezsporne. Wciąż jednak nie ma Graala, który by stanowił ostateczny dowód. Gmyz (podobnie jak wcześniej Bronisław Wildstein i kilka innych osób) dostarczył tego wymarzonego Graala. (...) Kolejny upadek Graala pokazuje wyzwanie, przed którym stoi nie tyle zarząd i rada nadzorcza Presspubliki, co tożsamość "Rzeczpospolitrej" jako pisma. Bo dziennikarza łatwo jest wyrzucić (...) Ale redakcyjna kultura i tożsamość pisma zmienia się z wielkim trudem. A historia z trotylem dobrze pokazuje, co >>Rzeczpospolitej<< grozi, jeśli takiej zmiany nie dokona".

Żakowski wzywa więc do dokończenia czystki w "Rzepie". Jest w tym jakaś myśl: jak się w "Rz" wytnie wszystkich oszołomów do ostatniego gońca, a dalej zrobi się taki porządek wszędzie, gdzie jeszcze zachowały się niedobitki niesłusznych poglądów, wtedy będziemy mieli ład medialny z udziałem jedynie "słusznych" poglądów.

I wtedy dopiero zapanuje "słuszna" demokracja.

Roman Graczyk

Dowiedz się więcej na temat: czystki

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne