Reklama

Reklama

Czy Polska naprawdę jest w Unii?

Kiedy usłyszałem wczoraj w czasie konferencji prasowej pani premier, po decyzji Komisji Europejskiej w sprawie Polski, pytanie dziennikarki Telewizji Republika, o mało nie spadłem z krzesła. Pytanie brzmiało mniej więcej tak (powtarzam z pamięci): Co zrobi polski rząd, jeśli się okaże, że komisarz Elżbieta Bieńkowska głosowała na posiedzeniu Komisji za wdrożeniem procedury sprawdzającej stan państwa prawa w Polsce?

Kiedy usłyszałem wczoraj w czasie konferencji prasowej pani premier, po decyzji Komisji Europejskiej w sprawie Polski, pytanie dziennikarki Telewizji Republika, o mało nie spadłem z krzesła. Pytanie brzmiało mniej więcej tak (powtarzam z pamięci): Co zrobi polski rząd, jeśli się okaże, że komisarz Elżbieta Bieńkowska głosowała na posiedzeniu Komisji za wdrożeniem procedury sprawdzającej stan państwa prawa w Polsce?

To pytanie - i szerzej - myślenie, które stoi za tego rodzaju pytaniem, zdradza całkowite niezrozumienie tego, czym jest Unia Europejska. Ale jest gorzej: to nie tylko głupie pytanie jednej dziennikarki, to sposób myślenia charakterystyczny dla obecnego rządu i jego większości parlamentarnej, a także - jak sądzę  - dla żelaznego elektoratu Prawa i Sprawiedliwości. A jeśli tak jest, to mamy problem, bo dramatycznie rozchodzi nam się w naszym kraju wspólnota poglądów na rzeczy podstawowe dla określenia naszego miejsca w świecie.

Reklama

A może tej wspólnoty nigdy po 2004 r. nie było, tylko uśpiły nas sondaże, które fałszywie przekonywały o wysokim "euroentuzjazmie" Polaków?

Nonsens zawarty w pytaniu dziennikarki stał już - niestety - za zaproszeniem przez ministra Waszczykowskiego do MSZ ambasadora Niemiec, a to z tego powodu, że dwaj politycy unijni (Martin Schulz i Günther Oettinger), którzy krytycznie wypowiedzieli się o polityce polskiego rządu, są... obywatelami Niemiec. Żeby powiedzieć, co naprawdę czułem w tym momencie, muszę być brutalnie szczery: czułem zażenowanie. 

Czułem zażenowanie, że minister rządu mojego państwa rozumuje (albo to udaje) kategoriami XIX-wiecznymi wobec tak specyficznej konstrukcji, jaką jest Unia Europejska. No bo jeśli minister spraw zagranicznych mojego państwa nie wie, że Unia składa się nie tylko z państw członkowskich, ale także z instytucji par excellnece wspólnotowych, nie działających wedle logiki państwowej, których wysocy urzędnicy nie są reprezentantami interesów państw, które je  desygnowały na te stanowiska, to znaczy, że p. Waszczykowski po prostu nie wie o Unii nic.

Gdyby sposób myślenia pana ministra Waszczykowskiego zastosować do relacji państwo-Kościół, polski minister spraw zagranicznych mógłby wzywać  ambasadora Argentyny, gdyby mu się nie podobały jakieś wypowiedzi papieża Franciszka.

Nasz minister najwyraźniej nie wie, że Komisji Europejska ani Parlament Europejski nie są przedstawicielstwami państw członkowskich. Taką rolę pełni, owszem, Rada Europejska, gdzie ścierają się w otwarty sposób interesy państw członkowskich. Komisarze, członkowie Komisji Europejskiej, nie są od tego, lecz od wyznaczania wspólnego interesu i wspólnej polityki 28 państw członkowskich.

Wiemy, że to jest bardzo trudne, i że w praktyce głos jednych państw waży więcej niż innych, ale quasi-federacyjna struktura Unii mimo wszystko daje malutkiej Malcie głos znacząco większy niż by to wynikało z jej potencjału ludnościowego i ekonomicznego. Bo Unia jest czymś innym i czymś więcej niż prostą sumą państw członkowskich. Być może minister Waszczykowski marzy o Unii jako związku państw. Problem w tym, że nie do takiej Unii Polska w 2004 r. przystąpiła. 

Przystąpiliśmy do bardzo specyficznego organizmu, który nie jest ani związkiem państw, ani organizacją międzynarodową, ani też federacją - chociaż niewątpliwie kierunek (sens) integracji europejskiej jest od 60 lat taki, że krok po kroku Unia idzie (ale też niekiedy cofa się na tej drodze) w stronę organizmu coraz bardzie sfederowanego, to znaczy prowadzącego coraz więcej polityk wspólnych. Czy to jest słuszne? Czy to jest zawsze korzystne dla Polski? Jaki jest bilans tych korzyści i strat z naszego punktu widzenia? Czy to jest w ogóle możliwe na dłuższą metę? To są bardzo dobre pytania dla całej Unii i jej poszczególnych części, w tym dla Polski.

Ale czymś zupełnie innym jest tzw. acquis communautaire (porządek prawny UE - przyp. red.), które każde państwo kandydackie musi przyjąć w fazie starań o członkostwo. O tym się nie dyskutuje, to się przyjmuje jako warunek wstępny członkostwa. To są między innymi fundamenty państwa prawa. Państwo, które nie czuje się na siłach wypełnić tych warunków, albo takie, które nie chce ich wypełnić, po prostu do Unii nie przystępuje, naprawdę nie ma takiego obowiązku i nam też nikt tego nie kazał w 2004 r. Zresztą państwa, które nie wypełnia tych wymogów, Unia nie przyjmie.

I teraz, z punktu widzenia tych fundamentów, Polska za rządów Prawa i Sprawiedliwości stwarza problem. Kto tego nie rozumie, nic nie rozumie. Polska stwarza problem między innymi  w zakresie kontroli konstytucyjności ustaw. Argument bezwarunkowych obrońców polskiego rządu w tym sporze, wywodzący, że w niektórych krajach UE w ogóle nie ma sądu konstytucyjnego, jest równie nonsensowny jak działania p. Waszczykowskiego wobec ambasadora Niemiec. To tak, jakby powiedzieć, że w Anglii nie ma demokracji, bo nie ma tam demokratycznie wybieranej głowy państwa. 

Zasadą w Unii (zresztą nie tylko tam) jest kontrola konstytucyjności aktów normatywnych, ale wykonanie tej zasady pozostawia się państwom członkowskim. Jeśli PiS np. uważałby, że lepiej tę role powierzyć Sądowi Najwyższemu i stworzyłby odpowiednie po temu warunki instytucjonalne, Unia nic by do tego nie miała. Ala gwałcenie obowiązujących reguł, niewątpliwie z korzyścią dla interesu politycznego rządu (wiem, zaczęła PO, pisałem o tym wielokrotnie, to jednak nie zamyka sprawy), nie może nie być przez Unię niezauważone. Mobilizowanie opinii publicznej pod hasłami "Łapy precz od Polski!" jest w tym wypadku tak nie à propos, że aż nie chce mi się na ten temat pisać. Krytykowanie opozycji pod hasłami "donosy na własny kraj", "bratnia pomoc", "Bruksela=Moskwa" - podobnie. 

To powiedziawszy, chcę zaznaczyć, że dostrzegam i rozumiem niepokój zwolenników obecnego rządu w dwóch wymiarach. Po pierwsze, mają oni rację, gdy zwracają uwagę na bezczynność Unii, gdy przy Trybunale manipulowała Platforma - to jest jasne. Po drugie, rozumiem ich w głębszym - nazwijmy to: światopoglądowym - stosunku do Unii. Rozumiem ich niepokój, gdy powiadają (jak np. Andrzej Nowak), że Polska tradycyjna, chrześcijańska, nie chce u siebie porządków - streszczam jego argumenty własnymi słowami - opartych na aksjologicznej pustce, coraz bardzie obecnej w Europie Zachodniej. OK - nawet podzielam ten niepokój. 

Ale taka argumentacja miała by sens dzisiaj, gdyby Unia chciała nam narzucić - dajmy na to - małżeństwa homoseksualne czy inne dziwactwa, owszem, funkcjonujące już tam, a u nas nie - i chwała Bogu, że nie. Czy jednak naprawdę o to chodzi w tym sporze?

Moim zdaniem nie o to, tylko o zasady, które muszą być respektowane w każdym cywilizowanym kraju. I akurat w tej sprawie nie możemy Unii zarzucić nihilizmu. Szacunek dla zasad (tu dla zasady hierarchii norm prawnych) nie jest nihilizmem. Przeciwnie - on umożliwia budowanie wartości.

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama