Reklama

Reklama

Czy głosowanie jest sexy?

Dzisiaj w Wielkiej Brytanii odbywają się wybory samorządowe w części gmin, m.in. w Londynie i kilku innych dużych miastach. W samym Londynie startuje 34 polskich (lub o polskich korzeniach) kandydatów z ramienia Partii Konserwatywnej.

Nie mam danych ilościowych dotyczących polskich kandydatów z innych partii i w innych miastach. Jeśli jednak przyjąć, że Londyn jest głównym skupiskiem polskiej emigracji na Wyspach, oraz że Polacy mają znacznie większą skłonność do konserwatystów niż do pozostałych partii, to da się ten polski aspekt wyborów opisać przy pomocy formuły "34 - plus - plus".
Jakkolwiek by patrzeć, mamy do czynienia z mobilizacją polskiej mniejszości - i to cieszy. Od kilku miesięcy działa organizacja "Vote - Głosuj" (http://glosuj-vote.org/) i chyba z niejakim sukcesem.
Jak podaje PAP, powołując się na działaczkę polonijną Dorotę Zimnoch z Polish City Club, do londyńskich wyborów zapisało się 65 proc. Polaków uprawnionych do głosowania. Z pewnością nie wszyscy, którzy się zapisali, pójdą głosować, ale i tak zapowiada to niezłą frekwencję w tej grupie brytyjskich wyborców.
Przypomnijmy, że w Polsce frekwencja wyborcza w wyborach samorządowych w 2010 r. wyniosła 47 proc. A przecież w wypadku Polaków mieszkających w Wielkiej Brytanii, przeważnie od kilku lat (największa fala wyjazdów z Polski wiąże się z przystąpieniem do Unii Europejskiej) istnieją dodatkowe bariery, których nie muszą pokonywać Polacy w Polsce. Ci ludzie, po prostu, nie są tam zakorzenieni.
Nawet jeśli coraz więcej spośród nich dobrze włada językiem angielskim, jako przyjezdni ze Wschodu startują prawie zawsze z niskiego pułapu. Łatwo w tych warunkach poddać się pokusie postawy: "Wybory? To nie moja sprawa".
Dla Polaków w Wielkiej Brytanii takie zaangażowanie jest, oczywiście, ważnym krokiem do integracji z brytyjskim otoczeniem (wielkim krokiem dla polskich kandydatów w tych wyborach). Ale to jest sprawa ważna i dla nas w Polsce, i dla Wielkiej Brytanii i - szerzej - dla Unii Europejskiej.
Chodzi o model obecności przybyszów w życiu kraju osiedlenia. O to, czy nasza Europa jest miejscem w miarę harmonijnego współżycia ludzi różnych kultur, czy polem "zderzenia cywilizacji" - napięć, wykluczeń, a na końcu mordów na tle tych różnic.

Reklama

Jest model getta, typowy dla imigracji z krajów muzułmańskich, który przynosi opłakane skutki. Bardziej niż Wielką Brytanię dotyka on Francję, co ma związek ze specyficznie francuską tradycją "laicité" - dziś pogrążoną w głębokim kryzysie. Ale i w krajach anglosaskich opierających swoją politykę imigracyjną na innych zasadach, bardziej tolerancyjnych dla odmienności kulturowych przybyszów, problem gettoizacji istnieje.

Widzieliśmy to w sposób spektakularny w czasie gwałtownych zamieszek w Londynie w roku 2011. Chodzi więc o to, żeby tamtejsi Polacy byli jak najdalej od modelu getta.W opisach polskiej społeczności w Wielkiej Brytanii panuje zgoda co do tego, że są Polacy uważani za ludzi pracowitych i solidnych. To dobrze. Teraz chodziłoby o to, żeby ta społeczność nie kojarzyła się jedynie z hydraulikami czy budowlańcami.

Nic nie ujmując jednym i drugim (ci ludzie ciężko pracują - szacunek), można sobie wyobrazić integrację w postaci jedynie wypełnienia luk na brytyjskim rynku prostych usług, albo coś więcej. Otóż, warunkiem tego, żeby było coś więcej, jest m. in. zainteresowanie sprawami publicznymi, poczynając od poziomu lokalnego.

Dlatego trzymam dzisiaj kciuki za polskich kandydatów w Londynie i za ich wyborców. Szczególnie za to, żeby ich wyborcami okazali się nie tylko Polacy. Bo dopiero to będzie sygnał, że polscy kandydaci mają dobre pomysły, jak lepiej urządzić życie w Londynie - dla wszystkich, nie tylko dla swojej narodowej społeczności. Wtedy będą naprawdę londyńczykami.

Roman Graczyk          

Dowiedz się więcej na temat: wybory | Polacy | Wielka Brytania

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy