Reklama

Reklama

​Co po PiS-ie?

Wiele wskazuje, że weszliśmy w fazę schyłku rządów Prawa i Sprawiedliwości. Może koniec nie nastąpi bardzo prędko, ale jednak nieuchronnie do niego zmierzamy. Po odejściu z klubu PiS posła Kołakowskiego, wcześniej po faktycznym buncie kilkunastu posłów-członków partii PiS podczas głosowania nad ustawą o ochronie zwierząt, większość parlamentarna jest nie tylko kilkuosobowa, ale i krucha. Jedna większa kontrowersja polityczna, seria silnych manifestacji ulicznych (jak na początku protestów kierowanych przez Strajk Kobiet), a większość może stopnieć poniżej 231 mandatów. Wtedy będzie to już tylko większość relatywna, a rząd stanie się gabinetem mniejszościowym.

Gdy to nastąpi, nie musi od razu skutkować przejęciem władzy przez obecną opozycję. Parlamentarne przejęcie władzy wymagałoby przegłosowania konstruktywnego votum nieufności, a to wydaje się przedsięwzięciem ciągle bardzo trudnym. Bowiem cały sejmowy anty-PiS tylko z największym trudem, i to w jakichś nadzwyczajnych okolicznościach, mógłby się zgodzić na wspólnego kandydata na premiera. Zaś nie cały - np. z wyłączeniem Konfederacji - prawdopodobnie nie uzbiera 231 posłów. No więc impas.

Reklama

Jednak, ciągle pozostając tylko na gruncie arytmetyki sejmowej, wydaje się, że opozycja mogłaby próbować przeciągnąć na swoją stronę jakąś część Zjednoczonej Prawicy za cenę poważnych koncesji politycznych. Ostatnio taką koncepcję wyłożył Witold Jurasz w portalu onet - w tym wariancie chodziłoby o dogadanie się opozycji z Porozumieniem za cenę powierzenia fotela premiera Jarosławowi Gowinowi. Niczego nie można wykluczyć. Być może taki lub podobny wariant zostanie, wobec coraz to słabnącej spoistości obozu rządzącego, zrealizowany.

Jednak znacznie ważniejsze wydaje mi się pytanie nie o to, jak pozbyć się PiS-u od władzy, ale o to, jak naprawić instytucje zniszczone przez lata rządów PiS-u. Z pewnością nie może to być prosta rekonkwista. Nie wystarczy usunąć wszystkich ludzi mianowanych przez PiS i obsadzić instytucje swoimi. Trzeba naprawić instytucje, ale to niekoniecznie znaczy: przywrócić ich stan poprzedni, bo stan poprzedni niekoniecznie był bez zarzutu. Gdyby tak nie było, PiS nie miałby w 2015 i 2016 r. dobrych argumentów przeciwko sposobowi działania wielu instytucji. Trybunał Konstytucyjny, chociaż nie ma wiele wspólnego z obecną jego karykaturą, został u schyłku rządów Ewy Kopacz popsuty. Jeśli przywracać w Trybunale stan sprzed PiS-u, to także sprzed owego popsucia. Telewizja Polska pod rządami Jacka Kurskiego jest kompletnym pośmiewiskiem, ale i ta sprzed Kurskiego była politycznym łupem. Jej usytuowanie w systemie mediów i pod kontrolą zawsze upolitycznionej Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji, było widocznym defektem. Jeśli wracać do sytuacji sprzed Kurskiego, to nie do tego instytucjonalnego (a w rezultacie i politycznego) defektu. I tak dalej.

Opozycja musi się poważnie zastanowić w imię czego chce przejąć władzę po PiS-ie. Nie jestem pewien, czy w jej obecnym składzie personalnym i w jej obecnej kondycji moralnej, potrafi odpowiedzieć sensownie na to pytanie. Bo, naturalnie, potrafi odpowiedzieć, jak pierwszy lepszy: że po konfitury.   

Roman Graczyk   

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje