Reklama

Reklama

Cenzura - urząd, system i stan umysłu

11 kwietnia 1990 r. weszła w życie ustawa o likwidacja Głównego Urzędu Kontroli Publikacji i Widowisk – zwanego potocznie cenzurą. Istnienie instytucjonalnej cenzury lub jej brak to jedna z ważnych różnic pomiędzy PRL-em, a Polską współczesną. W państwie demokratycznym taka instytucja nie ma naturalnie racji bytu, więc brak podobnego urzędu w III RP jest jednym z dowodów na naszą przynależność do świata liberalnej demokracji.

W tym sensie 25. rocznica zniesienia cenzury jest ważna, bo pokazuje, gdzie (w jakim państwie) żyliśmy wtedy. Tego państwa, z cenzurą właśnie, ale i innymi, niekiedy równie barbarzyńskimi cechami, już nie ma - i bardzo dobrze. Gdyby ktoś wyciągał z tego faktu wniosek, że nie ma problemu ograniczeń wolności słowa, byłby w błędzie.

Reklama

Przypomnijmy najpierw coś oczywistego, ale jakoś zapomnianego, że dławienie wolności słowa w PRL nie odbywało się jedynie za pomocą urzędu mieszczącego się w Warszawie przy ul. Mysiej (i jego terenowych delegatur), ale przy pomocy całego systemu organizującego słowo drukowane (także słowo i obraz upowszechniane w inny sposób).

System wydawniczy w PRL oparty był na zasadzie koncesyjnej. Każdy, kto chciał uprawiać taką działalność (założyć wydawnictwo prasowe czy książkowe) musiał na to uzyskać koncesję od wspomnianego wyżej Głównego Urzędu - a faktycznie od władz politycznych, czyli od kierownictwa Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej. Jeśli chodzi o działalność w zakresie radia i telewizji, sprawa była prosta - zgoda należała wyłącznie do państwa. Nie było niepaństwowego radia, ani niepaństwowej telewizji. Młodzieży przypomnę, że Facebooka też nie było.

Żeby dostać koncesję, trzeba było dawać jakieś minimalne gwarancje politycznej prawowierności. Ale jak się ją już dostało, też nie było hulaj dusza!, i to nie tylko z powodu ograniczeń stwarzanych przez Główny Urząd (skądinąd działający arbitralnie, dopiero w pod presją "Solidarności" poddany w 1981 r. rygorom ustawy).

Inne, nie mniej poważne ograniczenia płynęły z faktu, że państwo (a właściwie partia komunistyczna) było właścicielem prawie wszystkiego: drukarń, papierni, środków transportu, kolportażu. A jak nie formalnie właścicielem, to nadzorcą, który rządził tym wszystkim twardą ręką.

Czasopismo, które się władzy nie podobało, nie tylko było srogo (srożej niż inne) cenzurowane. Na podstawie liczby ingerencji cenzorskich władza dochodziła do wniosku, że może takie czasopismo dodatkowo zdestabilizować - np. ograniczając mu przydziały papieru (przydziału, Drogie Dzieci, bo nie wystarczyło papier sobie kupić na rynku...).

Taki to był system, a cenzura w tym systemie stanowiła tylko element - istotny, ale niejedyny.

W całości ten system da się opisać tak: państwowy monopol na środki produkcji - wydawniczy system koncesyjny - selekcja kadr w wydawnictwach, prasie radiu, telewizji - sterowanie tymi kadrami przez sieć tajnych współpracowników SB - Główny Urząd. W tym sensie Główny Urząd był ostatnim elementem tego złożonego łańcucha, ostatnim bezpiecznikiem działającym na wypadek, gdyby zawiodły wcześniejsze.

Gdyby jakaś redakcja była mało spolegliwa, mimo że władza ogranicza jej przydziały papieru albo miejsce w drukarni; gdyby dalej była mało spolegliwa, mimo że jej redaktorzy są poddani presji PZPR (większość stanowisk redaktorów naczelnych należała do systemu nomenklatury, to znaczy ich obsadzenie zależne było od zgody instancji PZPR odpowiedniego szczebla); gdyby w końcu była mało spolegliwa, mimo agentury wpływu działającej w redakcji - wtedy wkraczał cenzor.

Każdy chyba widzi, że wobec tak rozbudowanego systemu kontroli, cenzorzy zwykle nie mieli wiele do roboty.

Dziś żyjemy w lepszych czasach - bez dwóch zdań. Ale każdy, kto ma odrobinę oleju w głowie, powinien zdawać sobie sprawę, że poziom wolności słowa w świecie bez instytucjonalnej cenzury jest mierzalny i zmienny. Z faktu, że w Polsce nie ma urzędu państwowego kontrolującego treści publikowane w gazetach czy książkach, nie wynika, że mamy taki sam poziom wolności słowa jak  w Anglii.

Nie jest on taki sam. No i nie jest wyższy niż w Anglii.

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje