Reklama

Reklama

Brytyjski standard i niezależność sądów w Polsce

Nie znamy przyszłości, ale dziś mówi się, że 24 września 2019 roku będzie kluczową datą w historii brytyjskiego konstytucjonalizmu. A jakie to ma znaczenie dla Polski?

Przedwczoraj (24 września) brytyjski Sąd Najwyższy uznał za bezprawną decyzję premiera Borisa Johnsona (formalnie: decyzję królowej Elżbiety II) o zawieszeniu prac Parlamentu na pięć tygodni. Już nazajutrz Parlament wznowił obrady, a opozycja w Izbie Gmin nie ominęła okazji do ostrej krytyki rządu z pozycji obrony zasad demokratycznych.

Nie znamy przyszłości, ale dziś mówi się, że 24 września 2019 roku będzie kluczową datą w historii brytyjskiego konstytucjonalizmu. Nie wdaję się w skomplikowane rozważania o przyszłości brexitu, ale jest niewątpliwe, że teraz scenariusze wyjścia (lub pozostania, bo i tak się może na koniec zdarzyć) Wielkiej Brytanii z Unii Europejskiej układają się inaczej niż przed tym orzeczeniem. Będę chciał jedynie zwrócić uwagę na rolę ustrojową Sądu Najwyższego Zjednoczonego Królestwa - rolę, którą wtorkowe orzeczenie pokazuje w całej krasie. A także pokazać, że ten przykład mówi nam coś o naszej reformie sądownictwa.

Reklama

Tak więc Sąd Najwyższy uznał decyzję premiera za bezprawną. Ten zaś, chociaż zaznaczył, że ma inne zdanie w tej kwestii, natychmiast zapowiedział, że rząd podporządkuje się orzeczeniu. Przewodniczący Izby Gmin, John Becrow, natychmiast ogłosił, że w następstwie tego orzeczenia zwołuje posiedzenie Izby na nazajutrz. Tak się też stało. Żadnej zbędnej zwłoki, choćby cienia wątpliwości, że orzeczenie Sądu Najwyższego mogłoby nie zostać wykonane.

Z punktu widzenia generalnej linii politycznej obecnego rządu brytyjskiego orzeczenie SN jest kijem w szprychy, komplikuje bowiem brexit za wszelką cenę, nawet bez porozumienia z Unią. Jest - kategoriach politycznych - aktem wrogim rządowi. Tyle, że w porządku konstytucyjnym, inaczej mówiąc: w porządku władzy ograniczonej i podzielonej, wszyscy rozumieją, że werdykty sądów - jakkolwiek mają one także swoją wymowę polityczną - kierują się przede wszystkim własną logiką. Jest to logika prawa. Podobnie jak wszyscy rozumieją, że chociaż materiały prasowe mogą szkodzić lub pomagać rządowi, mają w pierwszym rzędzie służyć innym celom. To jest logika informacji. Tylko w państwie totalitarnym wyroki sądów i artykuły w gazetach muszą być ściśle poddane kryterium politycznej użyteczności dla rządzących i stosownie do tego sformułowane. W porządku władzy ograniczonej rząd nie odczuwa jako ujmę na honorze wyroku sądowego, który unieważnia jego - nawet bardzo ważną - decyzję.

Zwracam uwagę, że rząd brytyjski ma wpływ na obsadę personalną Sądu Najwyższego. Gdyby premier chciał, nie zgodziłby się na nominację choćby jednego sędziego SN, co do którego nie ma pewności, że będzie wydawał wyroki po myśli rządu. Najwyraźniej premier (ten czy też jego konserwatywni poprzednicy) tego nie chcieli. W porównaniu z systemem brytyjskim zmiany w Sądzie Najwyższym, jakie chciał przeprowadzić (a częściowo przeprowadził) minister Zbigniew Ziobro, to - nominalnie rzecz biorąc - możliwość stosunkowo niewielkiego wpływu rządu na najwyższy organ sądowniczy. Nominalnie rzecz biorąc - to jest klucz do zrozumienia różnicy miedzy Polską Pana Prezesa Kaczyńskiego, a dowolnym krajem starej zachodniej demokracji. Bo tam owe możliwości wpływu politycznego są wykorzystywane z wielkim umiarem, podczas gdy u nas, z wielkim wigorem. Gdyby było inaczej, w Wielkiej Brytanii nie zapadłby przedwczoraj taki wyrok w sprawie zawieszenia prac Parlamentu. Gdyby było inaczej, w Polsce Trybunał Konstytucyjny pod prezesurą Julii Przyłębskiej nie byłby maszynką do zatwierdzania niekonstytucyjnych ustaw uchwalonych przez większość parlamentarną Prawa i Sprawiedliwości. Jak wiadomo zmiany w Sądzie Najwyższym zostały częściowo zablokowane przez Unię Europejską, stąd owoc twórczej pracy Pana Ministra Ziobro jest niepełny.

Przykład brytyjski z przedwczoraj jest istotny, bo podważa donośność argumentu zwolenników PiS-owskiej reformy sądownictwa. Często podnosili oni, że w wielu krajach zachodnich politycy mają większy niż u nas wpływ na obsadę ważnych stanowisk w systemie sądowniczym.

Owszem, nominalnie mają wpływ, tyle, że to nie działa z automatu. Ta dyskusja przypomina mi inną, sprzed dwudziestu kilku lat, na temat ustrojowej pozycji Kościoła katolickiego w odrodzonej Polsce. Mało kto z dzisiejszych czytelników ją pamięta. A ja tak, bo brałem w tej dyskusji udział, głosząc - ujmę to teraz w wielkim skrócie - że Kościół po 1989 r. dostał w Polsce pozycję prawnie uprzywilejowaną. Moi oponenci (w tej liczbie np. obecny Pan Minister Jarosław Gowin, wtedy prosty redaktor naczelny miesięcznika "Znak") wywodzili, że nic podobnego, Kościół w Polsce jest w porównaniu z wieloma państwami zachodnimi usadowiony ustrojowo bardzo skromnie, bo oto w wielu krajach zachodnich istnieje zjawisko Kościoła państwowego. Tak istotnie - nominalnie rzecz biorąc - było: w Wielkiej Brytanii mieliśmy (i mamy) Kościół Anglii, który jest - nominalnie - kościołem panującym, państwowym. Podobnie było wtedy (dziś już nie jest) w Szwecji, podobnie w szeregu innych państw, bez żadnej wątpliwości głęboko liberalno-demokratycznych.

Moi oponenci albo nie wiedzieli, co mówią, albo mówili swoje w złej wierze, bo ich tezy, aby być prawdziwe musiałyby opisywać rzeczywiste panowanie tych Kościołów w tych krajach. Oczywiście nic podobnego nie miało tam miejsca, te konstrukcje instytucjonalne (nawet konstytucyjne) były reliktem dawnych czasów, najczęściej z okresu końca wojen religijnych i przyjęcia zasady "cuius regio eius religio". Tak, owszem, było, w Wielkiej Brytanii czy w Szwecji, ale w XVII wieku, dzisiaj z tej dominacji religijnej został tylko konstytucyjny szyld bez treści. Tyle co z mowy tronowej brytyjskiej królowej - jej treść ustala zawsze premier, monarcha zaś jedynie uroczyście odczytuje podsunięty mu tekst. Jarosław Gowin et cons. mieliby w tamtym sporze sprzed ćwierćwiecza rację, gdyby królowa brytyjska rzeczywiście była głową, rzeczywiście panującego wyznania i rzeczywiście decydowałaby o tym, kto i jak rządzi.

Podobnie dzisiaj obrońcy reform sądowniczych ministra Ziobry mieliby rację, gdyby w Wielkiej Brytanii Sąd Najwyższy nie był w stanie wydać orzeczenia, jakie - wszelako - wydał był we wtorek. I mieliby rację, gdyby w Polsce Trybunał Konstytucyjny był w stanie wydać orzeczenie o niekonstytucyjności jakiejś bardzo ważnej dla linii politycznej obecnego rządu ustawy. Dopóki nie zachodzi jedno, ani drugie, prosiłbym ich o minimum powściągliwości w wypowiadaniu opinii w rodzaju, że od 2015 nic nie zagraża niezależności sądownictwa w kraju nad Wisłą.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy