Reklama

Reklama

Brukselska wiktoria? Tak, ale po co?

Rząd świętuje swój brukselski sukces polegający na tym, że szefem Komisji Europejskiej nie zostanie znienawidzony przezeń Frans Timmermans. Premier, jeszcze w Brukseli, zaraz po przyjęciu przez Radę Europejską personalnych rekomendacji na kluczowe stanowiska, był z tego bardzo rad. Pokazaliśmy, że potrzebujemy kandydatów, który mają w sobie potencjał łączenia Europy, którzy nie antagonizują Europy, nie obrażają państw członkowskich, którzy rozumieją różnice pomiędzy państwami europejskimi, bo to jedynie może prowadzić do wypracowania wspólnych polityk w ramach Unii Europejskiej - mówił Mateusz Morawiecki.

I właśnie dlatego Polska blokowała kandydaturę Fransa Timmermansa., który nie był kandydatem łączącym Europę (Czytaj TUTAJ).

Reklama

Faktycznie - Polska, razem z państwami Grupy Wyszehradzkiej i Włochami, pokrzyżowała wcześniejsze plany głównych unijnych rozgrywających, zmusiła ich do zaproponowania innej personalnej układanki, w ramach której nie było już Timmermansa jako kandydata na szefa KE. Faktycznie - Polska pokazała, że wbrew niej tej nominacji nie można przeforsować. Pozostawiam bez komentarza popisy prorządowych propagandzistów, którzy widzą w tym jakiś epokowy sukces, echo wiktorii wiedeńskiej. Natomiast biorąc rzecz na zimno, trzeba się zgodzić z tymi komentatorami, którzy zwracają uwagę, że Polska osiągnęła jakiś swój cel wbrew tym, którzy w Unii nadają ton. W tym sensie można mówić o zwiększonej podmiotowości Polski na arenie unijnej.

To powiedziawszy, trzeba jednak zapytać o sens tego polskiego veta. Pan Premier powiada, że celem jest budowanie Unii mniej podzielonej. Nie wiem, jaka będzie polityka nowej Komisji pod batutą pani Ursuli von der Leyen, tym bardziej, że Timmermans ma w niej zachować swoje dotychczasowe stanowisko komisarza odpowiedzialnego m. in. za pilnowanie praworządności w państwach członkowskich. Ale załóżmy, że Pan Premier trafnie przewiduje i Komisja odpuści sprawę praworządności w Polsce (i w innych państwach). Jaka by wtedy była Unia? Byłaby inna niż obecnie, a różnica polegałaby na tym, że o ile teraz mamy wspólne pryncypia (np. rządy prawa) i jak ktoś się (np. Polska) wyłamuje, to od razu ktoś w Brukseli (np. Timmermans) gardłuje, że tak być nie może, inicjuje wdrażanie odpowiednich procedur itd. Nowa Unia, o jakiej marzy Pan Premier, już tym się nie będzie interesować. Odpuści. Ci z dawnego Zachodu powiedzą: "Próbowaliśmy połączyć dwie części Europy, naszą i tą, wywodzącą się z byłego bloku sowieckiego, ale nam nie wyszło, może szkoda, ale już dłużej nie będziemy sobie tym zawracać głowy". Ci z dawnego Wschodu (nie wszyscy, bo np. bez niżej podpisanego, ale na pewno obecnie rządzący w Polsce czy na Węgrzech) powiedzą: "Nareszcie nie sprawdzają nam, czy mamy czyste uszy, co za ulga! Rządzimy się po swojemu, oni po swojemu. Taka Unia nam się podoba". No dobrze, co się komu podoba, to jest kwestia gustu, ale zobaczmy, jakie taka zmiana miałaby skutki.

Pierwszy skutek byłby taki, że odnowiłby się cywilizacyjny podział, którego zasypanie było życiową misją takich ludzi jak Vaclav Havel czy Tadeusz Mazowiecki. A także Jan Paweł II, co może powinno być istotną informacją dla Pana Premiera. Ten podział odnowiłby się nie w pełni, bo np. państwa bałtyckie, mimo że geograficznie najbardziej wysunięte na wschód, politycznie pozostałyby po zachodniej stronie fosy. A my, na własne życzenie, po wschodniej. Unia, która miała być elitarnym klubem zrzeszającym tych, którzy przestrzegają wspólnych pryncypiów, stałaby się klubem - w tym sensie - nieelitarnym. Niedawno coś takiego przydarzyło się Radzie Europy (gdy przywróciła prawa członkowskie Rosji, mimo sprawy Krymu i mimo sprawy Donbasu) i wtedy polski rząd nad tym ubolewał - miał sto procent racji. Zaś obniżenia standardów w Unii polski rząd wręcz domaga się. "Prosicie? - Macie!", powie na to stara Unia.

Drugi skutek będzie taki, że stopniowo te dwie części Europy będą się od siebie oddalać politycznie i gospodarczo. Czy nazwiemy to Unią dwóch prędkości, czy inaczej, nie ma znaczenia, liczyć się będą fakty, a te będą postępować nieubłaganie, być może nawet bez zmian instytucjonalnych. Będzie to pełzająca dezintegracja. Stopniowo coraz mniej będzie wspólnych polityk, których domagał się w cytowanej wyżej wypowiedzi premier Morawiecki. Czy Pan Premier nie rozumie, że te sprawy się ze sobą łączą?

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje