Reklama

Reklama

Białoruś - bunt - i co dalej?

Kiedy w lipcu 1980 roku wygasały strajki w Lublinie i okolicach, wydawało się, że władza ekipy Gierka nie jest zagrożona, a już tym bardziej nikt sobie nie wyobrażał, że za kilka tygodni nastąpi największy przełom polityczny w historii PRL-u. Mam teraz wrażenie pewnej analogii tamtej dynamiki zmiany w Polsce do obecnej dynamiki zmiany na Białorusi. Nie twierdzę, że podobny będzie finał, ale podobna jest nagła erupcja wolnościowych dążeń. To jest to zaskoczenie i ta nadzieja na lepsze jutro.

Widzieć Aleksandra Łukaszenkę przemawiającego do robotników mińskiej fabryki, gdy tłum nie słucha go, lecz upartym skandowaniem "uchadi!" właściwie zmusza go do zakończenia wystąpienia - to jest właśnie ta rzecz zaskakująca i dająca nadzieję. Ostatecznie spodziewaliśmy się, że dyktator sfałszuje wybory 9 sierpnia, spodziewaliśmy się po tym protestów, ale i tego, że stosunkowo szybko władza te protesty spacyfikuje. Jak dotąd to nie nastąpiło, nie dlatego, żeby nie było próby siłowego rozwiązania, ale z powodu masowości protestów.

Reklama

Kobiety i internet - to są dwa czynniki, które pokrzyżowały szyki represyjnej polityce ekipy rządzącej. Kobiety podtrzymały protest, gdy wzmogły się represje - w ten sposób przełamały strach. Internet odegrał taką samą rolę, jak w wielu "kolorowych rewolucjach" ostatnich lat. Rola kobiet w protestach, ale i wcześniej w kampanii wyborczej (głównie Swiatłana Cichanouska), to twarz nowoczesnej Białorusi, która mówi mizoginowi Łukaszence, że się gruntownie myli w swoich maczystowskich wywodach o roli kobiet i mężczyzn w życiu publicznym. Internet był w powijakach, gdy Łukaszenka obejmował władzę, dziś jest narzędziem tak powszechnym, że jego prosta blokada (co Łukaszenka chyba najbardziej by lubił) nie bardzo jest możliwa.  

Unia Europejska wreszcie się obudziła. Jej Rada (kolegium szefów państw i rządów UE) wydała wczoraj oświadczenie, w którym nie uznaje wyników wyborów, wzywa do ich ponownego przeprowadzenia i do dialogu. Polska, owszem, naciskała na zwołanie Rady i chwała polskiemu rządowi za to. Nasz głos w sprawie Białorusi jest słyszalny dzięki temu, że jest częścią chóru (ale monofonicznego) Unii. To może da do myślenia tym, którzy uważają, że Unia nadaje się jedynie do brania od niej pieniędzy, a do niczego innego nie powinna się wtrącać.

Godzi się jednak zauważyć, że w czasie obu kryzysów na Ukrainie (w 2004 i w 2013 r.) Polska odgrywała zdecydowanie ważniejszą rolę. Też w ramach wspólnej polityki wschodniej całej UE, ale wtedy nas pytano, jak rozgrywać kryzys i proszono naszych polityków o czynny udział w tej rozgrywce. Dzisiaj nas ani nie pytają, ani nie proszą. Naszą ówczesną rolę przejęła mała Litwa. Powiada się, że to dlatego, iż Polska jest za duża, a zatem decydować miałby tu czynnik obiektywny. No dobrze, a w 2004 i 2013 Polska nie była za duża? To pokazuje, jak zmieniła się nasza ranga w Europie - i szerzej - w polityce międzynarodowej.

Białorusinom należy życzyć wytrwałości i na koniec sukcesu. Czyli obalenia dyktatora. Jednak nie każda zmiana byłaby równie dobra dla Białorusinów, a także dla nas - ich sąsiadów. Polska polityka zagraniczna powinna pracować nad takimi rozwiązaniami, które będą nie tylko wolnościowe, ale i zwiększą - a co najmniej nie zmniejszą - niezależność Białorusi od Rosji. Łukaszenka jest ponurym typem i trudno mieć do niego cień sympatii. Ale Białoruś pod jego rządami jednak nie została całkowicie podporządkowana Rosji. Była - z naszego punktu widzenia - mimo wszystko jakimś buforem. W naszym witalnym interesie narodowym leży, żeby umocnić ten bufor, a co najmniej nie osłabiać go.

Roman Graczyk     

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje