Reklama

Reklama

Anty-PiS-owska rezolucja i anty-unijna histeria

Mamy nową rezolucję Parlamentu Europejskiego w sprawie sytuacji w Polsce. Kto obserwuje prace instytucji unijnych, ten wie, że procedura wdrożona w sprawie łamania praworządności w Polsce nie należy do zwykłej polityki europejskiej.

Zazwyczaj państwa członkowskie stosują się do podstawowych zasad, na których gmach Unii się wspiera. Stosują się i jest to pewnego rodzaju oczywistość, bo inaczej jaki byłby w ogóle sens przynależności do tego ponad-państwowego organizmu?

Rezolucja PE, podobnie jak wcześniejsze zalecenia Komisji Europejskiej, raport Komisji Weneckiej i pierwsza rezolucja PE (z kwietnia) - wszystko to są  kroki nadzwyczajne. Inaczej mówiąc, żeby jakieś państwo członkowskie UE skłoniło instytucje unijne do aż takich działań, trzeba żeby to państwo dało się tym instytucjom tęgo we znaki. I tak się właśnie dzieje z Polską.

Reklama

Napisałem "z Polską", bo legislacja stopniowo wprowadzana przez nową większość parlamentarną od schyłku ubiegłego roku, dotyczy Polski - całej Polski - mimo, że jej twórcą jest aktualny rząd i wspierająca go większość parlamentarna Prawa i Sprawiedliwości. Zatem, gdy się powie, że "Polska wprowadziła tę legislację", użyje się skrótu myślowego. Ale gdy się powie, że rezolucja PE w sprawie tej legislacji jest "anty-polska", to już nie jest żaden skrót myślowy, tylko manipulacja znaczeniami.

Anty-polska to była polityka Bismarcka, anty-polski był pakt Ribbentrop - Mołotow. To były działania wymierzone w Polskę jako taką, w Polaków jako takich, w polskość jako taką.

Czy bez radykalnego odwrócenia sensu słów możemy coś takiego powiedzieć o krytyce działań rządu PiS ze strony instytucji Unii Europejskiej? Rząd PiS-u jest legalnym rządem polskim, reprezentuje Polskę, ale nie jest - jeszcze, Bogu dzięki! - tożsamy z Polską. Całkiem spora liczba Polaków nie zgadza się ani z jego polityką wewnętrzną, ani z jego stosunkiem do Unii Europejskiej. Ci Polacy odczuwają rezolucję PE jako ochronę zasad, których respektowania w Polsce sami by sobie życzyli. I to nie dlatego, że to jest warunek przynależności do UE, a więc warunek niebagatelnego finansowego wsparcia stamtąd, czy swobody przemieszczania się, z dostępem do rynku pracy włącznie, lecz dlatego że te zasady mają wartość samoistną. Wielu Polaków chce żyć w liberalnej demokracji i choć aktualny rząd ma wszelkie cechy legalności, to jego polityka łamania tych zasad sprawia, że ci Polacy nie czują się - w tym zakresie -reprezentowani przez polski rząd. I nie widzą powodu, żeby przed światem wygłupiać się broniąc w zaparte tych kompromitujących w istocie zmian. 

Istnienie sądu konstytucyjnego, nie fasadowego jakiego chce PiS, ale takiego, który jest w stanie unieważnić ustawy sprzeczne z Konstytucją, jest wartością samą w sobie. Można - naturalnie - dyskutować o szczegółach i w takiej dyskusji niektóre racje, jakie legły u podstaw wojny PiS-u z Trybunałem, powinny zostać wzięte pod uwagę. Ale niegdysiejsza PiS-owska krytyka modelu polskiego sądu konstytucyjnego zwyrodniała, dziś PiS jest po prostu przeciwnikiem kontroli konstytucyjności ustaw - i tyle. A w demokracji liberalnej godnej tego miana nigdy nie można zgodzić się na neutralizację sądu konstytucyjnego.

Istnienie mediów publicznych niezależnych od rządu jest wartością samą w sobie. Wiemy, że wcześniej nie było z tym dobrze, ale rząd Beaty Szydło  radykalnie pogłębił zależność TVP i PR od władzy politycznej. Powiedziałbym: pogłębił ją bezwstydnie, podczas gdy poprzednicy robili to nieco chyłkiem, bo się tego wstydzili, a więc i efekty ich presji na TVP i PR były mniejsze.

I w jednej, i w drugiej, i w paru jeszcze innych sprawach podniesionych wczoraj w rezolucji Parlamentu Europejskiego, pewna część Polaków ma dobre prawo nie czuć się solidarna ze swoim rządem, ponieważ ten rząd systematycznie gwałci zasady, z jakimi ci Polacy czują się solidarni. Obrońcy rządu (np. Ryszard Legutko) inteligentnie zwrócili wczoraj uwagę na dwa punkty w rezolucji, które w ogóle nie powinny się tam znaleźć: prawa reprodukcyjne i wycinka drzew w Puszczy Białowieskiej. W tych dwóch sprawach toczy się spór, ale nie można tu doszukiwać się złamania zasad porządku demo-liberalnego. Zupełnie niepotrzebnie zabiegano o poparcie dla rezolucji u oszalałych ekologów i u oszalałych aborcjonistów. Byłoby lepiej, gdyby rezolucja przeszła nie tak dużą większością, ale dotyczyła rzeczywiście problemu łamania praworządności. W tym punkcie zatem obrońcy rządu mają rację. Nie znaczy to, że mają rację w sprawie Trybunału, mediów publicznych czy służby cywilnej.     

Uznawszy więc pewne racje PiS-u w tej dyskusji, godzi się jednak zauważyć, że samo w sobie poszerzenie materii rezolucji PE o kwestie nie dotyczące TK  jest ważne: nie chodzi tylko o Trybunał, chodzi o szereg gwarancji porządku liberalnego, które ten rząd sukcesywnie niszczy. Mamy więc do czynienia z pewną tendencją i w tym sensie jest uprawnione rozprawianie o celu, do jakiego zmierza Jarosław Kaczyński. Rzecz jest oczywiście delikatna o tyle, że stawia się tu fakty jak gdyby w jednej linii z zamierzeniami, a przecież o tych zamierzeniach możemy mówić jedynie hipotetycznie. Do pewnego stopnia podzielam więc zdanie stronników rządu, gdy powiadają oni, że krytycy mieszają swoją czarna wizję przyszłości z rzeczywistością. Tak się niekiedy dzieje - zgoda. Np. gdy się mówi, że Polska zmierza do modelu putinowskiego, albo że w Polsce rządzą nacjonaliści - jedne i drugie jest tak odległe od rzeczywistości, że szkoda czasu na polemikę.

Ale zmiana ustrojowa, dokonująca się w Polsce na naszych oczach, to fakt. Zmierzamy do ustroju nie-liberalnego, ustroju, w którym władza mająca demokratyczny mandat, nie napotyka kontr-władzy ze strony sądów czy mediów. To jeszcze nie putinizm, ale to już niebezpieczne dla naszej wolności.

Jednak pytanie, czy Jarosław Kaczyński zadowoli się demokracją nie-liberalną pomału przestaje być non-sensowne, niestety. Jeśli w czasie konferencji prasowej w Sejmie wicemarszałka Terleckiego PiS-owski wykidajło używa przemocy fizycznej, żeby uniemożliwić zadanie pytania, to jest rzecz, która się dotąd po 1989 r. w polskim parlamencie nie zdarzyła. Jeśli marszałek Kuchciński nie zaprasza opozycji na spotkanie z delegacją Komisji Weneckiej, to jest rzecz podobnie niespotykana. I to są groźne symptomy zaostrzenia wojny PiS-u z demokracją. Już nie liberalną, ale z demokracją w ogóle. Nie twierdzę, że to się już ziściło, mówię tu tylko o symptomach jakiegoś nowego porządku, którego już nie dałoby się nazwać demokratycznym. No bo jeśli zastrasza się opozycję, jeśli pomija się ją w kontaktach z ważnym partnerem europejskim (tu: z Radą Europy), to być może przygotowuje się grunt do sytuacji, w której  wybory też (tak jak dziś kontrola konstytucyjności ustaw) stają się fikcją. To jest czarna wizja, która nie musi się spełnić. Ale rząd powinien dać teraz przekonujące dowody, że te dwa incydenty były tylko wypadkami przy pracy, niczym więcej. Bo jeśli nie, to niech się potem nie dziwi pojawianiu tego rodzaju obaw.

Nie o taką Polskę walczyliśmy, Panie Prezesie.

Roman Graczyk

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy