Reklama

Reklama

Alex Ferguson: Ostatni taki trener

W ostatnich latach, kiedy rozchodziły się plotki o możliwej emeryturze Fergusona, trener Manchesteru United nieodmiennie odpowiadał, że to bzdura, że czuje się świetnie i na żadną emeryturę się nie wybiera. A jednak stało się to, co w jego przypadku wydawało się, że nie nastąpi nigdy. Czyżby poczuł się gorzej? Nawet jeśli tak jest (podobno w sierpniu Ferguson wybiera się na operację biodra), to ta dymisja i tak pozostaje wzorcowa.

Dymisje trenerów następują zazwyczaj wtedy, gdy w klubie dzieje się źle. W polskiej lidze ten mechanizm został doprowadzony do absurdu - niekiedy wystarczy przegrać trzy mecze, żeby musieć żegnać się z klubem. W Anglii jest inaczej, trener ma z reguły znacznie większy kredyt zaufania i znane są przypadki prowadzenia zespołu przez wiele lat.

Reklama

No więc jest zaletą angielskiej piłki, że daje z reguły trenerowi jakiś kredyt zaufania. Dość przypomnieć, że Ferguson przyszedł do MU w roku 1986, a pierwsze wielkie sukcesy osiągnął dopiero w 1991, czyli po pięciu latach. W polskich warunkach trener-geniusz, taki jak Ferguson, już kilka razy byłby w tym czasie odwołany. A w Anglii nie - i to jest zaleta systemowa.

Ale teraz, po 13 tytułach mistrza Anglii, dwóch pucharach Ligi Mistrzów i wielu pomniejszych trofeach, sądzę, że Fergusona trudno byłoby odwołać, nawet gdyby władze klubu uznały, że jest taka potrzeba. Z pewnością nie było takiej potrzeby akurat obecnie, w maju 2013 roku, kiedy MU zapewnił już sobie kolejny tytuł mistrza Anglii. Dlatego tym razem wszystko było w rękach sir Alexa.

Otóż jest rzeczą niezwykle trudną nie dostać zawrotu głowy od takich sukcesów i nie powiedzieć sobie: mimo 71 lat, czemu by nie spróbować jeszcze raz? Trzeba pewnego dystansu do samego siebie, żeby oprzeć się tej pokusie. Ale za to człowiek, który potrafi to zrobić, zyskuje pewien szczególnego rodzaju profit. Wypuszcza komunikat: odchodzę, bo tak mi się podoba, a nie dlatego, że powinęła mi się noga. Bezcenne.

Trudno nie mieć skojarzeń z dymisją Benedykta XVI. Oczywiście, nie ma żadnej analogii między rządzeniem Kościołem i rządzeniem jako trener klubem piłkarskim, ale jest analogia co do autorytetu przywódcy w danej społeczności. Autorytet po trochu zyskuje się obejmując jakieś stanowisko, ale aby go utrzymać i umocnić, trzeba już pokazać własny charakter. Benedykt XVI go pokazał, decydując się na ustąpienie nie wówczas, gdy już nie panował nad rządzeniem, ale wtedy, kiedy jeszcze panował. Podobnie Ferguson.

Obserwując przez długie lata tego starszego pana, jak międląc gumę do żucia rządził z ławki swoimi zawodnikami żelazną ręką, i zazdroszcząc mu tej niebywałej energii, jaką emanował, myślałem nieraz: czy to kiedyś nastąpi, że Ferguson jako trener MU będzie mniej żywotny, mniej władczy, mniej zdeterminowany? Teraz znam odpowiedź. To nie nastąpi nigdy. A nie nastąpi nigdy dlatego, że sam Ferguson potrafił powiedzieć "wychodzę" w momencie, gdy był u szczytu.

Duży szacunek.

Roman Graczyk   

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne