Reklama

Reklama

Zaczęło się od SMS-a "błagam, pomóż mi". A potem...

"Outliersi" to porywający thriller z nieprzewidywalnym zakończeniem. Wszystko zaczyna się od SMS-a: "Wylie, błagam, pomóż mi". Wylie nie rozmawiała z Cassie od ich ostatniej kłótni ponad tydzień temu. Ale to nieistotne. Cassie ma problemy, więc Wylie postanawia uratować swoją najlepszą przyjaciółkę przed nią samą. Ale tym razem jest inaczej.

Zamiast powiedzieć Wylie, gdzie jest, Cassie wysyła tajemniczo brzmiące wskazówki. W dodatku nie prosi jej, żeby przyjechała sama, tylko wysyła do niej Jaspera. Wylie nie ufa chłopakowi, który sprowadził jej przyjaciółkę na złą drogę, ale nie ma wyboru - musi z nim jechać.Odnalezienie Cassie bardzo szybko przeradza się z trudnego zadania w niebezpieczną misję. Im dalej jadą na północ, w głąb gęstych lasów Maine, tym silniej odzywa się w Wylie przeczucie, że coś jest bardzo nie tak. Czego Cassie im nie mówi? I czy odnalezienie jej nie będzie dopiero początkiem czegoś znacznie gorszego?

FRAGMENT KSIĄŻKI:

Reklama

PROLOG

Dlaczego zawsze łatwiej jest mi uwierzyć w coś złego? Nie powinno tak być. Ale jest, za każdym razem. Ciągle słyszę, że jestem zbyt wrażliwa i za bardzo się przejmuję. W dodatku nie tym, czym należy się przejmować. Wystarczy, że ktoś mi szepnie coś do ucha, a te same słowa wylatują mi z ust, jakbym to ja je pomyślała. A jak będą się powtarzać, to nim się obejrzę, będą wyryte w moim sercu.

Ale teraz muszę zapomnieć o tym wszystkim, co sprawia, że uważam się za zepsutą. Siedząc w tym zimnym, ciemnym pomieszczeniu, w samym środku czarnego lasu, i patrząc w oczy leżącej przede mną, obcej mi osoby, muszę myśleć o sobie w zupełnie inny sposób. Potrzebna mi wiara, że jestem tym, kogo nigdy nie umiałam w sobie dostrzec. Że w najgłębszych, najmroczniejszych zakamarkach mojej duszy kryje się sekret, który może się jeszcze okazać dla mnie zbawienny. Dla nas.

Bo wciąż nie do końca rozumiem, co się dzieje. Wła­ści­wie nie wiem prawie nic. Ale jedno jest jasne: pomimo całego strachu w oczach tej kobiety, musimy ją przekonać, by nam pomogła. Od tego zależy, czy przeżyjemy. I czy uda nam się stąd wydostać.

1

Telefon mojego taty głośno wibruje i lekko się przesuwa po naszym wysłużonym stole w jadalni. Tata go wyłącza.

 — Przepraszam. — Uśmiecha się, przebiega dłonią po grubych czarno­‑białych włosach i poprawia kanciaste czarne okulary. Są prawdziwie hipsterskie, ale nie dlatego je kupił. W przypadku mojego ojca wszelka hipsterskość jest całkowicie przypadkowa. — Myślałem, że go wyłączyłem. Nie powinien w ogóle leżeć na stole.

Taką mamy zasadę: żadnych telefonów w jadalni. Obowiązywała w naszym domu, odkąd pamiętam, mimo że nikt jej nie przestrzegał — ani moja mama, ani mój brat bliźniak Gideon, ani ja. Ale to było przed. Dzisiaj wszystko dzieli się na PRZED i PO, a w strasznym środku jest wypadek samochodowy mojej mamy cztery miesiące temu. W erze PO zasada z telefonami jest dla taty dużo ważniejsza. Zresztą nie tylko ona. Czasem wydaje mi się, jakby próbował odbudować nasze życie za pomocą zapałek. I kocham go za to, naprawdę. Tylko że kochać kogoś to nie to samo, co go rozumieć. Ale nie narzekam, bo mój tata też mnie nie rozumie. Nigdy mnie nie rozumiał. Od śmierci mamy chyba już nikt nigdy mnie nie zrozumie.

Ale mój ojciec nic nie poradzi na to, że jest hardcorowym naukowcem, któremu do życia wystarcza jego własna wyobraźnia. Wprawdzie od wypadku częściej mówi "kocham cię" i bez przerwy dodaje nam otuchy, jakbyśmy z Gideonem byli żołnierzami szykującymi się na wojnę, jednak wszystko to wychodzi mu trochę niezręcznie i ja w końcu jeszcze bardziej się martwię. O nas wszystkich.

Problem w tym, że mój ojciec nie ma wielkiego doświadczenia w byciu ciepłym tatusiem. Serce mamy zawsze wystarczało za dwoje. Nie żeby była miękka. Nie mogłaby być takim fotografem, jakim była — te wszystkie wojny w najróżniejszych zakątkach świata — gdyby nie umiała postawić twardo na swoim. Ale u mojej mamy uczucia istniały tylko w jednej formie: skrajnie wyolbrzymione. I dotyczyło to też jej własnych emocji. Płakała jak bóbr na widok każdej powitalnej laurki, jaką dla niej rysowaliśmy z Gideonem. Z uczuciami innych miała podobnie. Zawsze wiedziała, że ja albo Gideon mamy gorszy nastrój, zanim jeszcze przekroczyliśmy próg domu.

To przez ten jej szósty zmysł mój tata zainteresował się inteligencją emocjonalną (w skrócie: EI). Jest badaczem i profesorem uniwersyteckim, który prawie całą karierę poświęcił jednemu, wąskiemu wycinkowi EI. Nie jest to coś, dzięki czemu kiedykolwiek się wzbogaci. Ale pasją doktora Benjamina Langa jest nauka, nie pieniądze.

No i fakt, że mój ojciec jest Blaszanym Drwalem, ma przynajmniej jedną dobrą stronę: po wypadku tata się nie załamał. Tylko raz był bliski zapaści, rozmawiając przez telefon z doktorem Simonsem, swoim najlepszym przyjacielem, będącym jednocześnie jego mentorem i zastępczym ojcem. I nawet wtedy bardzo szybko odzyskał pion. Niekiedy jednak myślę, że wolałabym, gdyby czasem kompletnie się rozsypał, jeśli w zamian za to od czasu do czasu by mnie przytulił. Tak mocno, że nie mogłabym oddychać. Chciałabym choć raz spojrzeć mu w oczy i zobaczyć, że mnie rozumie, bo sam też jest zrozpaczony.

 — Możesz odebrać — mówię. — Mi to nie przeszkadza.

 — Tobie, Wylie, może nie, ale mnie owszem. — Tata zdejmuje okulary i pociera oczy jak starzec. Widząc to, czuję się jeszcze gorzej. — Coś w życiu musi mieć znaczenie. Inaczej nic nie jest ważne.

To jedno z jego ulubionych powiedzeń.

Wzruszam ramionami.

 — Dobra, nieważne.

 — Zastanawiałaś się jeszcze nad tym, co ci powiedziała doktor Shepard na dzisiejszej sesji? — pyta, siląc się na luz. — O powrocie do szkoły?

Jestem pewna, że czekał z tym pytaniem od momentu, kiedy usiedliśmy do stołu. Rezygnacja z edukacji domowej i ukończenie pierwszej klasy w liceum Newton Regional to jego ulubiony temat. Nawet jak o tym nie rozmawiamy, to tylko dlatego, że mój ojciec gryzie się w język, żeby nic nie powiedzieć.

Tata się boi, że jeśli wkrótce nie wrócę do normalnej szkoły, to już nigdy tego nie zrobię. Pod tym względem on i moja terapeutka, doktor Shepard, są ze sobą w pełni zgodni. Zresztą doskonale się rozumieją w większości spraw, pewnie dlatego piszą do siebie maile. Pozwoliłam im na to po wypadku. Mój ojciec strasznie się o mnie martwił, więc pomyślałam, że jak to zrobię, to zobaczą, jaka jestem opanowana, skora do współpracy, no i że nie jestem stuknięta. Ale nigdy mi się nie podobały ich osobiste pogaduszki, zwłaszcza odkąd oboje zapisali się do Klubu Przywrócenia Wylie do Nauki w Liceum. Dodatkowo mojej sprawie pewnie nie pomogło to, że trzy tygodnie temu musiałam przejść z doktor Shepard na konsultacje telefoniczne, bo nie jestem w stanie wyjść z domu. W pewnym sensie potwierdza to jej tezę, że moje unikanie szkoły to tylko wierzchołek bardzo niepokojącej góry lodowej.

Nawet zgoda na naukę w domu przyszła jej z trudem. Bo ona dobrze wie, że moje problemy ze szkołą nie zaczęły się wcale tego dnia cztery miesiące temu, kiedy samochód mamy wpadł w poślizg i rozpadł się na pół.

 — Nie wiem, Wylie, czy to dla ciebie właściwa droga — powiedziała doktor Shepard podczas naszej ostatniej sesji twarzą w twarz. — Rezygnacja ze szkoły niczego nie rozwiąże. Poddając się swoim lękom, tylko pogarszasz swój stan. Uważam, że to prawda nawet teraz, kiedy przeżywasz zrozumiały żal po stracie.

Poprawiła się w swoim dużym czerwonym fotelu, w którym zawsze wyglądała tak idealnie: drobna, jakby skurczona do maleńkości Alicja w Krainie Czarów. Spotykałam się z doktor Shepard mniej więcej (raczej więcej) regularnie od prawie sześciu lat. Czasem wątpiłam, czy faktycznie jest terapeutką — taka była malutka, młoda i piękna. Ale przez te lata bardzo mi pomogła swoim terapeutycznym koktajlem złożonym z ćwiczeń oddechowych, sztuczek myślowych i niezliczonych godzin rozmów. Kiedy zaczynałam liceum, byłam już w miarę normalną, może tylko trochę nerwową, dziewczyną. Przynajmniej do momentu, kiedy po wypadku mamy nie rozleciałam się na kawałki, pokazując światu swoje zepsute wnętrze.

 — Jeśli mamy być precyzyjni, to nie rezygnuję ze szkoły, tylko z budynku szkolnego — powiedziałam i uśmiechnę­łam się nieszczerze, na co doktor Shepard tylko ściąg­nęła swoje doskonale wypielęgnowane brwi. — Zresztą nie jest tak, że nie próbowałam.

Mówiąc ściślej, ominęły mnie tylko dwa dni lekcji: dzień po wypadku i ten, w którym był pogrzeb. Po­pro­siłam nawet ojca, żeby zadzwonił do wychowawczyni i dopilnował, żeby po moim powrocie do szkoły traktowano mnie normalnie. Taki miałam plan. Udawać, że nic się nie stało. I przez jakiś czas się udawało. Chyba nawet przez ­cały tydzień. Ale potem nadszedł ten poniedziałkowy poranek — jeden tydzień, jeden dzień i czternaście godzin po pogrzebie — kiedy zaczęłam wymiotować i nie mogłam przestać. Ciągnęło się to godzinami i uspokoiło się dopiero na pogotowiu, gdzie dali mi leki przeciw­wymiotne. Mój tata tak się przeraził, że jeszcze zanim wyszliśmy ze szpitala, zgodził się na naukę w domu. Myślę, że wtedy przystałby na wszystko, bylebym tylko lepiej się poczuła.

Ale jak mogę się lepiej poczuć bez mamy, która zawsze pomagała mi dostrzec jasną stronę każdej sytuacji? Moją jasną stronę.

 — Jesteś po prostu wrażliwa — mówiła. — Świat potrzebuje wrażliwych ludzi.

I jakimś cudem jej wierzyłam.

Może moja mama nie chciała widzieć prawdy. W końcu jej matka, moja babcia, umarła smutna i samotna w szpitalu psychiatrycznym. Może odpychała od siebie myśl, że jej historia powtarzała się w mojej osobie. A może naprawdę nie uważała, że coś jest ze mną nie tak. Kiedyś pewnie by mi to powiedziała, ale teraz już nigdy się tego nie dowiem.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy