Reklama

Reklama

Wyboista droga do Emaus

„Jak mnie traktują? Jak śmiecia. Takiego, że tylko kopnąć i wyrzucić…”. To znaczące, że w słowniku wyrazów bliskoznacznych pod hasłem "bezdomny", można znaleźć słowo: "samotny". To właśnie przez samotność i bezdomność wiedzie droga do krakowskiego Emaus. Jest różna. Najczęściej jednak potwornie wyboista.

Kiermasz na Willowym

Reklama

Sklep jest duży, dwupiętrowy i wypełniony po brzegi różnymi rzeczami. Na dole głównie meble. Jest piękny, lakierowany kredens. Stoją obite pomarańczową tapicerką krzesła. Rozkładana kanapa, zwinięty dywan, nadtłuczone filiżanki. Stoi też stary "Łucznik" do szycia i rower miejski. Lalka na kijku. Lampa na naftę. Puszka na drobiazgi.

Między tym wszystkim krząta się Marek. Oprowadza, pokazuje, zarządza. Jest w Emaus już prawie pięć lat. Kiedyś pił, a do wspólnoty trafił prosto z odwyku. Teraz z nim właśnie można negocjować i tak niewygórowane ceny.

- Niektórzy mają całe mieszkania urządzone rzeczami stąd. Ale przyjeżdżają też z teatrów. Ostatnio fotel wzięli na przedstawienie do "Starego" - opowiada.

Kiedyś chłopaki przywieźli wersalkę. Na miejscu okazało się, że w środku siedzą dwa, totalnie przerażone koty. Taka niespodzianka! Trzeba je było odwieźć właścicielce, ale Marek dokładnie nie wie, jak to było. Wtedy jeszcze tu nie mieszkał. Opowiada tę historię, bo zabawna.

Na piętrze używane ubrania. Nad rzędami wieszaków wiszą obrazy w różnorakich ramach. 

Na manekinie suknia ślubna. Oprócz tego kilka regałów z książkami, między nimi duży pluszowy miś. Wiszące na gwoździach korale, kosz z zabawkami, kapelusze. Wszystko wszędzie. W tym chyba tkwi urok tego miejsca.

- Można tu znaleźć istne skarby, tylko trzeba umieć szukać - zapewnia pracująca tam pani Renia.  


Pod jej nogami biega, poprychując, buldog francuski, Felek. - On tu łagodzi obyczaje - zapewnia sprzedawczyni. 

Cieszy się, że szef pozwolił jej przychodzić z psem. W innym wypadku musiałaby w przerwach biec do domu, żeby wyprowadzić Felka. Bo ona ma dom. W sklepie Emaus jest po prostu zatrudniona. 

Co innego chłopaki. Chociaż dla nich domem jest teraz wspólnota. 

Wspólnota Emaus działa w Krakowie już prawie dwanaście lat. Jej członkowie utrzymują się dzięki sprzedaży wystawionych na kiermaszu rzeczy, które ktoś inny uznał za niepotrzebne i oddał za darmo.

- To nie przytułek. Jedyną formą terapii, jaką stosujemy, jest praca. Nie tworzymy enklawy, gdzie rozwiązujemy wszystkie problemy - wyjaśnia Grzegorz Hajduk, dyrektor Wspólnoty. 

Dlatego oprócz sklepu mieszkańcy Emaus prowadzą warsztaty: stolarski i elektryczny, organizują też przeprowadzki. Od niedawna uprawiają mały warzywnik i hodują kury.

Nowy dom przy Czeczeńskiej

Ul. Czeczeńska leży na obrzeżach Krakowa, za nowohuckim Kombinatem. W ogóle nie wygląda, jakby była częścią miasta. Spokojnie jak na wsi. Tam właśnie stoi nowy dom Wspólnoty. Dwa budynki - jeden do mieszkania, z dużym pokojem wspólnym, sporą kuchnia i sypialniami dla 25 osób. 

W drugim mieści się warsztat stolarski i kilka innych pomieszczeń gospodarczych. Na podwórku pod nogami plącze się mały rudy pies, a za ogrodzeniem biega kilkanaście kur. - Tak, tak, mamy tu taką "terapię kurami" - śmieje się Grzegorz Hajduk. 

- Może się to wydać dziwne, ale widzę, że te nasze zwierzęta i ogródek pomagają. Chłopcy wrzucają ziarno do ziemi i widzą, jak rośnie. Potrzebują tego - dodaje. 

Opowiada też o deficycie ojca. - Czy im go zastępuję? Trochę tak - mówi. Ten brak widać u tych młodych i całkiem dorosłych mężczyzn, którzy przyłączają do grupy.

Członkowie Emaus to ludzie po przejściach. Najczęściej trafili tam z ulicy, czasem z odwyku. Wcześniej mieli różne problemy. W Emaus chodzi o to, żeby móc się z nich podnieść.  

- Nie zadajemy im pytań. Wiem, że ci ludzie mają przygotowane historie, które opowiadają po kolei wszystkim: paniom w MOPS-ie czy urzędnikom w Urzędzie Pracy - podkreśla dyrektor krakowskiej Wspólnoty.  

Każdy tydzień zostawia ślad

- Droga do Emaus jest różna. Najczęściej jednak potwornie wyboista. Co człowiek, to historia - zaznacza. - Nie stawiamy terminów i nie wypychamy na siłę na zewnątrz - mówi Hajduk. I opowiada historię, która, jak podkreśla, zmieniła jego myślenie o Emaus.

Kiedyś we wspólnocie był stolarz, świetny fachowiec. Do Krakowa trafił z Nowego Sącza, a tam z kolei przyszedł pieszo z Poznania. W Emaus nie pił, pracował. Po pięciu latach postanowił "wyjść do życia". Wynajął mieszkanie, podjął pracę. Stracił kontakt ze wspólnotą i "tym wszystkim, co go trzymało". Znowu sięgnął po alkohol, trafił pod supermarket, gdzie wyciągał złotówki z wózków. Umarł na ulicy. 

- Wtedy pomyślałem sobie, że gdybym był w stanie w jakiś sposób utrzymać go przy wspólnocie, a przecież nie mam władzy nikogo zatrzymać na siłę, to on by dalej normalnie funkcjonował - opowiada. I zaznacza, że Emaus jest nie tylko przystankiem. Może być tez alternatywą.     

Niektórzy jednak trafiają tam tylko na chwilę. Potem idą dalej. - Nie ignorowałbym nawet jednego czy kilku tygodni - mówi Hajduk. - To tylko miesiąc, ale chłopaki śpią w czystej pościeli, normalnie jedzą, pracują. To gdzieś zostaje. Myślę, że każdy tydzień tutaj zostawia w człowieku jakiś ślad.

"Żeby człowiek człowieka szanował"

Powody bezdomności są różne. Do najczęściej wymienianych należą eksmisja, konflikty w rodzinie, różnego rodzaju uzależnienia, brak pracy, niepełnosprawność. Najczęściej jednak przyczyny te łączą się i przenikają. Bo "co człowiek, to historia".

Maciej ma 25 lat. Trafił na ulicę, kiedy miał 14 lat. Tam bywało różnie. "No śpię albo nie śpię... Jeżdżę całą noc tramwajem. No.. bo tam przynajmniej ciepło, no? Jak mnie traktują? Jak zwykłego śmiecia. Takiego, że tylko kopnąć i wyrzucić" - opowiada. Marzenia ma proste:  "A ja? Kim bym chciał być? Człowiekiem. Zwykłym, normalnym człowiekiem."

64-letni Włodek marzeń nie ma. - "Jakaś obojętność we mnie. Ojciec był sierotą. On był raczej surową osobą, ale mnie nigdy nie bił. Ale też nie wychowywał. A jak se wypił, dostawał białej gorączki, szaleństwo go łapało, nie? Mógł tam stół w mieszkaniu przewrócić albo coś" - wspomina.

Z kolei Paweł mówi tak: "A wiesz, co jest dla mnie ważne w życiu? To, żeby każdy jeden człowiek człowieka szanował. Tylko i wyłącznie to. Czy on jest bezdomny, czy ma dwie chaty i samochód - co mnie to interesuje? A mam takich kolegów, którzy naprawdę mają bardzo dużo... Nie dużo, tylko bardzo dużo. Mógłbym teraz wziąć od ciebie telefon i do nich zadzwonić. Ale tego nie robię. Dlaczego? Bo mam dwie ręce i potrafię zarobić" - opowiada. "Też miałem kiedyś dużo pieniędzy, alem wszystko przepił. Bo ten Paweł to stary alkoholik jest...".

Tysiące bezdomnych

Według danych rządowych w Polsce w 2013 roku żyło prawie 31 tys. bezdomnych, z czego około 22 tys. osób przebywało w różnego rodzaju placówkach, a około 8,5 tys. poza nimi. 80 proc. z nich to mężczyźni.

Choć najwięcej bezdomnych w naszym kraju to ludzie ze średnim, zawodowym i podstawowym wykształceniem, jak wynika z danych Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, ponad 500 osób to magistrzy albo inżynierowie. 

Są tacy, którzy na ulicy spędzili ponad 30 lat życia. 

Międzynarodowy Ruch Emaus

Ruch Emaus powstał kilka lat po zakończeniu II wojny światowej we Francji. Jego pomysłodawcą był Ojciec Piotr (wł. Henri Grouèsa) - duchowny, który opiekował się rodzinami bez dachu nad głową. Kiedy wspólnota zaczęła borykać się z problemami finansowymi - za radą swoich podopiecznych - postanowił zarabiać na segregacji odpadów. 

Na początku zbierali złom. Obecnie utrzymują się dzięki renowacji i sprzedaży używanych mebli, ubrań i sprzętów. Dziś na świecie działa ponad trzysta grup zorganizowanych według idei Ojca Piotra. Międzynarodowy Ruch Emaus jest obecny w czterdziestu krajach na pięciu kontynentach. Do Polski trafił w 1995 roku. Krakowska wspólnota działa od 2003 roku.


Justyna Tomaszewska

--------------------

Fragmenty wypowiedzi bezdomnych pochodzą z niepublikowanych wcześniej rozmów Jacka Hajnosa z książki/albumu "Różnice" (w przygotowaniu).

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama