Reklama

Reklama

Rodzinny biznes

Polskie małżeństwo - państwo Małgorzata i Andrzej prowadzą prawdziwie rodzinny biznes w Wielkiej Brytanii, razem pracując i zatrudniając siostrzenicę.

Pomysł założenia sklepu z polską żywnością zrodził się podczas rodzinnych spotkań. Krewni pana Andrzeja mieszkali i pracowali w mieście Sunderland w północno-wschodniej Anglii. Podczas wizyt w kraju opowiadali o życiu na emigracji i skarżyli się na brak polskich produktów w angielskich sklepach. Pani Małgorzata i pan Andrzej, mając już pewne polskie doświadczenie w prowadzeniu sklepu, zdecydowali się spróbować handlu w Anglii. - Ze względu na naszych krewnych Sunderland stał się naszą bazą startową - wspomina pan Andrzej. Mogli liczyć tu na polskich klientów. - Polaków jest tu sporo. Pracują w ogromnej montowni Nissana w Sunderlandzie i w wielu mniejszych firmach w mieście i jego okolicach - wyjaśnia właściciel.

Reklama

Trudne początki

Wybór profilu działalności był oczywisty, ale znalezienie odpowiedniego lokalu w centrum miasta już nie było takie łatwe. Początkujący na angielskiej ziemi przedsiębiorcy zwrócili się do urzędu miasta o pomoc w znalezieniu lokalu do wynajęcia. Nie znali angielskiego, więc w kontaktach z Anglikami pomagała im Ania, siostrzenica pana Andrzeja. Okazało się, że na głównej handlowej ulicy Sunderlandu - High Street - znajduje się opuszczony lokal po jakiejś instytucji bankowej. Chociaż wymagał on remontu i był tani do wynajęcia, to jednak lokalizacja zapewniając klientelę rekompensowała wszystko.

Problemem dla pani Małgorzaty i pana Andrzeja było też załatwienie kluczowych dla biznesu spraw: zgłoszenie działalności w brytyjskim urzędzie skarbowym oraz zawarcie umów z dostawcami wody i energii. W lutym 2008 r. znaleźli w Internecie ofertę polskiej księgowej, obiecującej pomoc w zakładaniu biznesu. Pomoc księgowej pięknie wyglądała niestety tylko w ogłoszeniu. W praktyce oznaczała opłaty za usługi, które - zgodnie z podpisaną w języku angielskim umową - miały być darmowe. Inne usługi natomiast były wycenione o wiele wyżej, niż żądają nawet brytyjscy księgowi. Terminy wykonania usług też pozostawiały wiele do życzenia. Przykładowo podłączenie energii elektrycznej do lokalu trwało prawie dwa miesiące. W rezultacie remont sklepu wykonywano przy agregacie prądotwórczym. Czas bowiem płynął, czynsz za lokal trzeba było płacić, a dochodów (a nawet obrotów) nie było.

"Polskie Smakołyki" - wielkie otwarcie

17 maja 2008 r., po trzech miesiącach przygotowań i załatwiania formalności, nastąpiło otwarcie sklepu, któremu właściciele zdecydowali się nadać atrakcyjną nazwę "Polskie Smakołyki". Ich kolejną decyzją było zwrócenie się o pomoc w prowadzeniu biznesu do "wyższej instancji". Pomoc taką zapewnił ksiądz Zbigniew z diecezji Hexham, dokonując poświęcenia sklepu. Otwarciu sklepu towarzyszyły emocje i zakrojona na szeroką skalę kampania reklamowa w regionalnych polskojęzycznych mediach. Oferta "Polskich Smakołyków" nie była jednak skierowana wyłącznie dla Polaków.

Polski smak dla każdego

Angielska nazwa sklepu "Polish Delicious Food" okazała się nie tylko tłumaczeniem nazwy polskiej, ale także trafnym przekazem marketingowym. Dzięki temu do sklepu trafiają rodowici Anglicy, a także inne nacje. Z klientami mówiącymi po angielsku świetnie sobie radzi Ania - prywatnie siostrzenica pana Andrzeja, a oficjalnie - pracownik sklepu. Sklep ma już stałych brytyjskich klientów, którzy regularnie przychodzą tu po swoje ulubione produkty. - Jedna starsza lady co tydzień kupuje porcję krówek. Zawsze stara się poprawnie wymówić ich nazwę - opowiada pani Ania. Są też klienci z krajów Europy Wschodniej, którzy w polskim sklepie szukają smaków zbliżonych do swoich ulubionych produktów narodowych. - Pewna młoda Litwinka często kupuje u nas ciemny chleb. Po rosyjsku wyjaśniła mi kiedyś, że chleb ten przypomina jej chleb litewski - mówi właściciel sklepu. Polskie jedzenie ze sklepu pani Małgorzaty i pana Andrzeja znalazło się na zeszłorocznych obchodach Narodowego Tygodnia Azylanta (National Refugee Week) w Sunderlandzie. "Polskie Smakołyki" reprezentowały też Polskę w "Welcome Day", imprezie polegającej na degustacji potraw z całego świata.

Poszerzanie oferty

Prowadzenie sklepu to dla właścicieli nie tylko sprzedawanie towaru, ale również rozmowy z klientami, które w efekcie okazują się najlepszymi badaniami rynku. Właśnie dzięki takim rozmowom powstał pomysł wykorzystania jednego z pomieszczeń na kafejkę internetową, gdzie nie tylko można "posiedzieć na necie", ale też porozmawiać przez Skype'a z rodziną w Polsce czy wydrukować swoje CV lub zeskanować dokumenty. Kafejka ruszyła miesiąc po otwarciu sklepu i przyciągnęła kolejnych klientów - marynarze przypływający do portu w Sunderland wpadali do kafejki internetowej, a wychodzili ze sporymi zakupami. Umieszczona wewnątrz sklepu darmowa tablica ogłoszeń była kolejną odpowiedzią na potrzeby Polaków. Pod koniec czerwca udało się również poszerzyć asortyment o polski alkohol. Potrzebna była do tego specjalna licencja, z którą wiązały się pisemne egzaminy dla sprzedawców. Jak bardzo lokalne władze brytyjskie "idą na rękę" sklepikarzom, którzy nie znają angielskiego, świadczy najlepiej fakt, że właścicielce sklepu i sprzedawczyni pozwolono zdawać taki egzamin w języku polskim.

Kto nie idzie naprzód...

Sklep to nie tylko zakupy. Można tu nadać paczkę do Polski, nawet, jeśli jest to paczka nietypowa i duża, choćby motor czy meble. Zaprzyjaźniona firma odbiera towar ze sklepu i przewozi do miejsca przeznaczenia. Od początku lutego "Polskie Smakołyki" świadczą również... usługi transportowe. Samochód Ford Transit 260 służy do przewozu osób na lotniska, przewozu towaru, a także do kompleksowych przeprowadzek. Właściciele nie zapominają o klientach, którzy robią tu drobne zakupy - często oferują promocje, konkursy lojalnościowe, a także sprowadzają towary na indywidualne zamówienie. O pączkach na tłusty czwartek też pamiętali.

Mądry Polak po szkodzie

Z perspektywy czasu pani Małgorzata i pan Andrzej widzą, jakie błędy popełnili przy zakładaniu biznesu w Anglii. Wiele tych błędów wynikało z niewiedzy. Nie skorzystali na przykład z pomocy organizacji wpierających biznes w Wielkiej Brytanii, bo nie wiedzieli o ich istnieniu i kompetencjach. Zaufali polskiej księgowej, licząc na jej uczciwość i solidarność z rodakami. Te błędy kosztowały ich sporo czasu i pieniędzy. Sami rozumieją, że po prostu "zapłacili frycowe" i dziś są bogatsi... o bagaż doświadczeń. Niemniej jednak nie żałują swojej decyzji otwarcia własnego biznesu w Wielkiej Brytanii. Tyle tylko, że teraz zabraliby się do tego zupełnie inaczej.

Elżbieta Ślebzak

Dowiedz się więcej na temat: pomysł | chleb | rodzinny | Biznes | Anglia | Irlandia Płn. | Polacy na Wyspach | Szkocja | Walia

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje