Reklama

Reklama

"Przegląd": ​Dlaczego młodzi nie chcą żyć?

Helikopterowi rodzice i dzieci jak płatki śniegu. "Jest źle, dziś wielu młodych ludzi cierpi" - mówi Tomasz Bilicki, koordynator Centrum Interwencji Kryzysowej dla Młodzieży RE-START w Łodzi, prowadzonego przez Fundację Innopolis.

Beata Igielska: Premiera krótkiego filmu "Znikające dzieci. Stop samobójstwom w nastoletniej depresji" odbyła się w Światowym Dniu Walki z Depresją, 23 lutego. Jego wyświetlenia idą w miliony. Co sprawia, że dzieci nie chcą żyć? Czy jest aż tak źle?

Tomasz Bilicki: Jest źle, dziś wielu młodych ludzi cierpi. Myślom o śmierci towarzyszą samouszkodzenia. Ten film jest cenny, bo pokazuje, że cierpienie może być niewidoczne. Wydaje się nam, że dzieci, które myślą o śmierci, są wycofane, nieśmiałe, źle się uczą. Wcale nie musi tak być. Często cierpią także młodzi ludzie, którzy na pozór mają się dobrze, są uśmiechnięci, żartują, mają przyjaciół, dobrze się uczą. Czas wyzbyć się stereotypów, że smutni są zagrożeni myślami rezygnacyjnymi, a uśmiechnięci na pewno czują się dobrze. I jedni, i drudzy mają niską samoocenę.

Reklama

Skąd ta niska samoocena?

- Jeśli cały czas nastolatek żyje w kulturze błędu, bo już w dzieciństwie rodzice, nauczyciele, rówieśnicy porównywali go do innych i przekazywali komunikaty: jesteś beznadziejny, bezużyteczny, zaczyna wierzyć, że inni ludzie robią większość rzeczy lepiej od niego. Mało który dorosły docenia dziecko, jeśli to robi coś dobrze. Nie doceniamy spraw małych, koncentrujemy się na błędach, wpisujemy dzieci w role tych złych: z tobą zawsze są problemy, ty zawsze masz zachcianki, nigdy nie zrobisz nic dobrego. Wtedy w młodym człowieku rozwija się wewnętrzny krytyk, który go hejtuje. Nastolatek obraża sam siebie. I ma niską samoocenę. To proste w diagnostyce. Wystarczy zapytać: czy czujesz się czasami bezużyteczny, czy chciałbyś mieć więcej szacunku do samego siebie, czy jesteś przekonany, że wiele osób większość rzeczy robi lepiej od ciebie? Wejście z niską samooceną w wiek dojrzewania jest niebezpieczne, pojawiają się samouszkodzenia, myśli i zamachy samobójcze.

Etykietujemy: ty zawsze, a ty nigdy...

- Stygmatyzujemy, porównujemy jednych do drugich, co jest zupełnie bez sensu. Niepokorna, źle ucząca się Ania nigdy nie będzie grzeczną i dobrze uczącą się Agnieszką. Ale czy Agnieszka osiągnie w życiu większy sukces niż Ania? Oprócz wpisywania młodych w role bagatelizujemy ich kłopoty. Wydaje nam się, że tylko my, dorośli, mamy prawdziwe problemy: kredyt do spłacenia, kłopoty w pracy, niesnaski małżeńskie. A nasze dziecko ma tylko do odrobienia matematykę - to co to za kłopoty? Albo jeśli naszej 13-letniej córce czy synowi posypał się związek, który trwał dwa tygodnie, to o co chodzi? Jednak dla nich to ważne wydarzenia, chcą być rozumiani, mieć wsparcie dorosłych, nie chcą słyszeć: weź się w garść, nie bądź taki wrażliwy, inni mają gorzej, co cię nie zabije, to cię wzmocni. Mówiąc tak, zaprzeczamy ich uczuciom, dajemy wyraźny sygnał: nie rozumiem cię, czyli w jakiś sposób odrzucam cię, nie akceptuję. To bardzo silne źródło cierpienia i mechanizm tworzenia niskiej samooceny.

Na dzieci jest wywierana presja, której nie wytrzymują.

- Wywieramy na dzieci presję jako rodzice poprzez nasze wyobrażenia na temat ich życia. Jako szkoła metodami sprzed 150 lat próbujemy uczyć o współczesnym świecie, w którym w niedalekiej przyszłości od 60 do 90 proc. dzisiejszych nastolatków pracować będzie w zawodach obecnie nieistniejących. Młodzi to wiedzą i dlatego czują bezsens presji szkolnej. Jest jeszcze silna presja rówieśnicza, mediów społecznościowych, a na koniec presja wewnętrznego krytyka - autopresja. Niewielu młodych ludzi potrafi dziś żyć ze sobą tak, jakby byli swoim najlepszym przyjacielem. Mówię im: ponieważ to wydarzenie było dla ciebie trudne, co byś chciał sobie powiedzieć, gdybyś był swoim najlepszym przyjacielem? Nie wiedzą. W naszym centrum RE-START poświęcamy nieraz miesiące, żeby nastolatek spojrzał na siebie po przyjacielsku.

Już w trzeciej klasie podstawówki dziecko ma wytyczoną ścieżkę kariery i trzyma się jej: chcę być nauczycielem, lekarzem, prawnikiem.

- Z doświadczenia wiem, że mało jest młodych ludzi, którzy mają takie plany. To rodzice określają ich ścieżkę kariery, nauczyciele też wywierają presję: musisz być przygotowany, że świat to wyścig. Trudno mi sobie wyobrazić, że ktoś, czyja osobowość dopiero się kształtuje, czyli eksperymentujący, podejmujący ryzyko,  niepewny nastolatek - czy dziecko - dookreślił, że będzie lekarzem. Jeśli jednak młody człowiek ma tak wyraźną wizję siebie, często go stopuję: hola, być może ta wizja się nie spełni. A jeśli się nie spełni, będzie źródłem frustracji. Bo ktoś jest przekonany, że będzie lekarzem, a nagle dostaje z biologii słabą ocenę. I nie trafia do klasy biologiczno-chemicznej, a w konsekwencji nie będzie lekarzem, choć ubzdurał sobie, że tylko lekarze są szczęśliwi. 

- Myślę, że młodzi nie wiedzą, co mogą robić w przyszłości, bo nie znają swoich mocnych stron, zainteresowań. Prowadzę w szkołach warsztaty, pytam: macie jakiś talent, bo chciałbym was wesprzeć w tym kierunku. Słyszę: nie mamy żadnych talentów ani zainteresowań. Albo robią sobie żarty, że jedynym ich zainteresowaniem jest pobudka w sobotę o trzeciej po południu, denerwowanie dorosłych i granie w gry przez 20 godzin. To nie ich wina, że nie mają zainteresowań.

A czyja? Rodziców?

- Kiedy do Centrum Interwencji Kryzysowej przychodzą rodzice z córką czy synem i mówią, że chcieliby, aby ich dziecko miało więcej pasji, pytam ojca, matkę o ich pasje. Okazuje się, że nic nie robią. Dzieci nie mają zainteresowań, bo rodzice ich nie mają. Młodzi z niską samooceną unikają jakichkolwiek działań, wejścia w nową grupę rówieśniczą, podjęcia hobby, zapisania się na zajęcia dodatkowe. Bo działanie to niebezpieczeństwo porażki, krytyki.

Jak budować wysoką samoocenę u dziecka? Mówić mu, że nieważne, czy odniesie sukces, ważne, żeby działało?

- Jeżeli coś takiego mówimy dziecku, zaprzeczamy jego uczuciom. Bo przy niskiej samoocenie kluczowe jest to, czy odnosisz sukces, czy zaliczasz porażkę. U osoby z niską samooceną porażka jeszcze ją obniży. Podnoszenie samooceny jest procesem długotrwałym, psychoterapia trwa kilka lat. Ale to dobrze, bo szybkie zmiany, jeśli chodzi o depresję, samouszkodzenia, są nietrwałe, lepiej więc, jeśli są powolne i konsekwentne. Najczęściej konieczna jest osoba obca, która przyjrzy się z boku i spróbuje odszyfrować mechanizmy sprawiające, że ktoś ma tyle fałszywych przekonań o sobie samym. 

- Nawet najlepszy rodzic nie jest w stanie dopatrzyć się tych mechanizmów, bo nie ma dystansu. Tu kluczowa jest rola psychologa, psychoterapeuty. Dlatego dziecka z niską samooceną, które ma myśli samobójcze, samouszkadza się, nie straszmy dodatkowo tymi profesjami, co jest nagminne. Gdy rzeczywiście trzeba pójść do specjalisty, robi się problem. Psycholodzy, psychoterapeuci, szpitale psychiatryczne powinny kojarzyć się dziecku z pomaganiem, nie z zagrożeniem.

Znam przypadki, gdy dziecko idzie do pani pedagog, bo ma myśli samobójcze, i słyszy: ogarnij się, bo jak nie, będę musiała powiadomić rodziców. Rodzice w roli straszaka.

- Straszenie rodzicem i wierzenie, że dziecko przestanie mieć myśli samobójcze, jest głęboko nieprofesjonalne. Oczywiście rodzica powinno się zaprosić do współpracy, ale nie straszyć nim. Najczęściej moi pacjenci słyszą: nie rób tego, przecież to ci nic nie daje, co powiedzą twoje dzieci, jak zobaczą takie blizny?! Tymczasem trzeba odnaleźć przyczynę, dlaczego dziecko tak postępuje. To może być trudne, bo może mieć związek z nami, dorosłymi. Ale jest istotne, żeby dziecko przestało się ciąć. Kiedy proszę rodziców o wymienienie cech pozytywnych swojego dziecka, czasami potrzebują około tygodnia, żeby się do tego przygotować. Na co dzień są dla dziecka prokuratorami, bo myślą, że taka postawa będzie mobilizować je do działania. Nie mobilizuje.

Trzeba z dziećmi rozmawiać nie na zasadzie: jak tam w szkole?

- Ważna jest prawdziwa rozmowa, a nie techniczna: jak w szkole, przyjdź na kolację, przestań grać. Trzeba być obecnym w życiu dziecka, ale niech to będzie mądra obecność. Dziś na całym świecie dyskutuje się o pokoleniu płatków śniegu. Są przepiękne, ale wystarczy trochę wiatru, deszczu i roztapiają się. Młodzi są dużo bardziej delikatni, niż nam się wydaje, cierpią, płaczą w ukryciu, żeby nikt nie widział. Pokolenie płatków śniegu wzięło się prawdopodobnie stąd, że bardzo wielu rodziców jest rodzicami helikopterowymi - zawsze obecnymi nad głową dziecka. Albo są lotniczym pogotowiem ratunkowym, to znaczy na co dzień nieobecni przy dziecku, ale jak trzeba stoczyć jakąś walkę, natychmiast się pojawiają. Rodzice helikopterowi obniżają samoocenę dziecka, bo swoim postępowaniem pokazują mu, że sobie nie poradzi, nie umie, odbierają poczucie sprawczości. W poniedziałki pracuję jako nauczyciel WOS w szkole. Widzę, jak wielu rodziców nosi za swoim dzieckiem teczkę czy plecak. Nie tędy droga, trzeba rozwijać samodzielność adekwatną do wieku. To buduje poczucie własnej wartości.

Jaką rolę w życiu tych płatków śniegu odgrywa przemoc rówieśnicza? Jak mądrze na nią reagować? Potrafimy wysłać człowieka w kosmos, a jedynym pomysłem dyrektora szkoły, gdy dziewięciolatek narozrabia, bywa zadzwonienie na policję.

- Myślę, że wbrew pozorom wysłanie człowieka na Księżyc jest łatwiejsze niż zatrzymanie przemocy rówieśniczej. Ale oczywiście trzeba jej przeciwdziałać. To zjawisko często bywa trudne do zauważenia, dręczenie odbywa się w białych rękawiczkach. Na przykład uczeń rozdaje ankiety, wszystkie dzieci otrzymują, a jedno zostaje pominięte i dostaje na końcu. Albo dziecko wypowiada się na jakiś temat, a trzy osoby nagle patrzą się na siebie i pod nosem się uśmiechają. Inny przykład: ktoś nigdy nie jest zapraszany na urodziny, na wydarzenia klasowe. Albo nikt z nim nie rozmawia na przerwie. Sprawcy zawsze mogą powiedzieć: przecież nie mam obowiązku zapraszać go na swoje urodziny.

Nauczyciel musi być niesłychanie czujny i nie zgadzać się na żadne tego typu przejawy przemocy.

- Tak. Zanim wystąpi przemoc, może integrować klasę, by zjawisko ograniczyć, np. raz w tygodniu robić losowanie, w którym miejscu sali kto z kim siedzi. Inny pomysł - praca w grupach. Ważne, aby mówił dzieciom o różnorodności, szacunku, godności. I pamiętał o świadkach przemocy rówieśniczej, bo od nich w dużej mierze zależy, czy ta przemoc będzie długotrwała. Jeśli świadkowie nie będą jej zgłaszać albo będą się śmiać, że ktoś jest gnębiony, to będą wspierać sprawców. Jeżeli zaś powiedzą, że tego nie akceptują - osłabią sprawców. Jeśli ofiara otrzymuje wsparcie, bardzo często stopuje to przemoc wobec niej.

Czy nastolatki wiedzą, kiedy taką przemoc mogą zgłosić dorosłemu?

- Często nie wiedzą. Dlatego na warsztatach z ósmoklasistami uświadamiamy im, w jakich sytuacjach nie warto skarżyć: jeśli robimy komuś na złość, jeżeli jest to jakiś drobiazg, a w jakich sytuacjach powinni zgłosić coś dorosłemu, któremu ufają, i nikt nie przypnie im łatki donosiciela: kiedy przemoc jest długotrwała, a nie incydentalna, kiedy ktoś się samouszkadza, dzieli się myślami o śmierci. Bardzo często jedynymi osobami, które o tym wiedzą, są rówieśnicy.

- Przerabiałem już kilka przypadków, gdy nastolatek odebrał sobie życie. Od pół roku czy od roku o jego planach wiedzieli przyjaciele, próbowali mu pomóc, ale nie powiedzieli nikomu dorosłemu. Teraz sami są w rozsypce, bo się obwiniają. Przy przemocy rówieśniczej nieraz występuje efekt kokpitu bombowca. Pilot leci 10 km nad ziemią, zrzuca bomby. Gdzieś daleko na ziemi są krzyki, płacz, krew, ale on w kokpicie tego nie słyszy, nie widzi, robi swoje. Sprawcy przemocy rówieśniczej tłumaczą się: przecież to były tylko żarty, ani niebezpieczne, ani szkodliwe. Nie dostrzegają, że druga osoba bardzo z tego powodu cierpi. Nie wypada jej rozpłakać się przy grupie, napisać na komunikatorze: błagam, zostawcie mnie, bo tego nie wytrzymam. Bardzo wielu młodych ludzi cierpi w wyniku przemocy rówieśniczej, ale nie daje tego po sobie poznać. Bez sensu jest mówienie: tobie to robią, bo jesteś delikatny, babski chłopak, odpyskuj im, a nigdy więcej nie będą tego robić. To tak samo jak w przypadku kobiety, która nietrzeźwa, w krótkiej spódnicy wraca do domu i zostaje zgwałcona - sama się prosiła. Otóż ofiara przemocy nigdy się o nią nie prosi. Musimy o tym pamiętać.

Co więc robić, skoro psychika młodych jest tak krucha, a wyszkolenie psychiatry dziecięcego i młodzieżowego wymaga czasu i pieniędzy?

- Brakuje nam psychiatrów zajmujących się dziećmi i młodzieżą, dostępność do nich, szczególnie z NFZ, jest bardzo ograniczona.

Tymczasem badania CBOS pokazują, że coraz więcej młodych ludzi ma depresję i myśli samobójcze. Co 20. osoba w wieku 18-24 lata deklaruje myśli samobójcze, a co czwarta depresję i bycie nieszczęśliwym.

- Psychiatra może wypisać leki, czego nie mogą zrobić psycholog, pedagog, psychoterapeuta. Oczywiście kształćmy psychiatrów, ale w moim przekonaniu w Polsce brakuje systemu interwencji kryzysowej, pierwszej pomocy psychologicznej. A przecież mamy pierwszą pomoc przedmedyczną, której wcale nie świadczą ratownicy medyczni czy lekarze. Na tej samej zasadzie trzeba zbudować system świadczenia pierwszej pomocy psychologicznej, czyli kształcić interwentów kryzysowych, terapeutów, niekoniecznie będących psychiatrami, ale pedagogami, psychologami, socjologami, nauczycielami, kuratorami sądowymi, pracownikami socjalnymi. Żeby wiedzieli, jak się zachowywać wobec dziecka, które się samouszkadza i myśli o śmierci, jest po zamachu samobójczym albo padło ofiarą jakiegoś przestępstwa, hejtu, odrzucenia. Dramatycznie brakuje nam takiej wiedzy i umiejętności.

- Oczywiście różne grupy zawodowe szkolą się, ale bywa to zaledwie wprowadzeniem w temat. Wciąż brakuje długotrwałych szkoleń, studiów podyplomowych. Pierwsza pomoc psychologiczna powinna być udzielana od razu, kiedy młody człowiek doświadcza traumy. Wszystkie badania, które znam, w tym te po zamachach na World Trade Center, pokazują, że jest ona najskuteczniejsza. Późniejsza terapia, kiedy traumatyczne wydarzenie rozrosło się w myśli lękowe, depresyjne, jest mniej skuteczna. Punktów interwencji kryzysowej powinno być dużo. Żeby można było tam każdego dnia przyjść i szybko skorzystać z pomocy psychologicznej.

Wzrost problemów psychicznych młodych nałożył się na reformę oświaty. Do psychologów klinicznych trafiają dzieci z syndromem stresu pourazowego.

- Reforma systemu edukacji połączona z brakiem stabilnych reguł i wynikającą z tego frustracją dotknęła szczególnie gimnazjalistów. Ich nauczyciele odchodzili do pracy gdzie indziej, młodzi czuli się opuszczeni, nieważni. Jednocześnie nie czuli się dobrze przygotowani do egzaminu gimnazjalnego. Tak jak ósmoklasiści nie czuli się przygotowani do swojego egzaminu. To był kolejny stres, kolejny rodzaj presji. Ostatnio wśród młodych jest widoczne silne przejmowanie się brakiem reakcji polityków na zagrożenia ekologiczne. Dla niektórych dorosłych może to być śmieszne, ale moi pacjenci, którzy mają myśli rezygnacyjne, mówią, że to ich dobija.

Beata Igielska

Codziennie próbuje się zabić dwoje nastolatków

W 2018 r. samobójstwo próbowało popełnić 746 osób w wieku 13-18 lat (w 2017 r. 702 przypadki) i 1143 w wieku 19-24 lata (tyle samo w 2017 r.). Zginęły 92 osoby w wieku 13-18 lat (115 w 2017 r.) oraz 344 w wieku 19-24 lata (353 w 2017 r). W zestawieniu Eurostatu z 2014 r. pod względem samobójstw wśród młodych Polska z 209 samobójstwami zajęła drugą pozycję. Wyprzedziły nas Niemcy (224 próby samobójcze zakończone śmiercią). Dalej były Francja (171), Wielka Brytania (134), Włochy (87) oraz Hiszpania (69).

Reklama

Reklama

Reklama