Reklama

Reklama

"Polowanie na Snowdena". Niezwykła historia szpiega

Przy tej opowieści bledną najlepsze thrillery szpiegowskie. W dodatku napisało ją samo życie. Kim jest właściwie Edward Snowden, nieprzeciętnie inteligentny, jeszcze niedawno bezrobotny chłopak o urodzie cherubinka z Maryland w pobliżu Waszyngtonu? Weź udział w konkursie i przeczytaj. Zapraszamy!

Kim chciał zostać, gdy jako osiemnastolatek w 2001 roku po raz pierwszy wszedł na internetowe forum Ars Technics, by dowiedzieć się, w jaki sposób  administrować systemem w komputerze? Dlaczego nie pojechał na wojnę do Iraku, choć chciał, i kiedy zaczął zyskiwać pewność, że amerykański rząd co innego mówi, a co innego robi?

Reklama

Jaki wpływ miała na niego praca w ambasadzie USA w Szwajcarii? Czy to wtedy w głowie Snowdena zaczął się rodzić niesprecyzowany na razie pomysł ujawnienia sekretów amerykańskiego rządu? Co się stało w Japonii, gdzie pracował w kolejnej placówce i gdzie poczuł się "mentalnie gotowym informatorem"?

W 2012 roku zamieszkał na Hawajach, pracując w misji NSA jako specjalista  do spraw Chin. Przybył tam z planem, który z początku jawił się jako szalony. Był "zuchwały i - jeśli patrzyło się nań bez emocji - niemal na pewno doprowadzi do uwięzienia Snowdena na długi czas, a być może do końca życia...".

Jak udało mu się ściągnąć dokumenty wobec zakazu używania pendrive'ów i jak wyniósł je  ze strzeżonego, podziemnego kompleksu, zwanego "tunelem"? W jaki sposób zamierzał dotrzeć  do dziennikarzy? I do których, skoro żadnych nie znał? Dlaczego swoje rewelacje powierzył akurat sławnemu komentatorowi politycznemu "Guardiana" Glennowi Greenewaldowi i jego przyjaciółce, znanej dokumentalistce Laurze Poitras? Kim był szkocki dziennikarz  Ewen MacAskill, weteran "Guardiana", który z Greenwaldem i Poitras poleciał na spotkanie ze Snowdenem w Hongkongu? No właśnie: Hongkong. Snowden poleciał tam pod własnym nazwiskiem i płacił w hotelu własną kartą kredytową. Dlaczego Amerykanie go tam nie złapali, po tym jak zniknął z pracy 20 maja 2013? Czy komuś na tym zależało, by pościg zaczął się później niż mógł?

Pytania gonią pytania, choć o tym, co zdarzyło się później, powszechnie wiadomo nieco więcej. Lecz ta pasjonująca książka opowiada nie tylko historię człowieka, który wyprowadził z NSA wiele tysięcy tajnych dokumentów. Wielokrotnie nagradzany dziennikarz "Guardiana", Luke Harding, odsłania bulwersujące fakty z działalności samej NSA - jednej z najważniejszych agencji CIA - oraz ujawnia współczesne metody szpiegowania.

Fragment:

Spotkanie miało się odbyć w hotelu Mira, eleganckim, nowoczesnym gmachu położonym w sercu turystycznego regionu Koulun, do którego z wyspy Hongkong można się było dostać w krótkim czasie promem Star Ferry. Towarzyszką Greenwalda była Laura Poitras, również Amerykanka, dokumentalistka i prawdziwa sól w oku amerykańskiego wojska. Była pośredniczką, pierwszą, która miała doprowadzić Greenwalda do "ducha".

Dziennikarze otrzymali dokładne instrukcje. Miejsce spotkania wyznaczono w mniej zatłoczonej, ale nie zupełnie zasłoniętej części hotelu, tuż obok plastikowego aligatora. Mieli wygłosić ustalone wcześniej kwestie. Informator miał się pojawić z kostką Rubika. Jego nazwisko brzmiało Edward Snowden.

Wyglądało na to, że tajemniczy rozmówca był doświadczonym szpiegiem. Być może przejawiał pewne zamiłowanie do dramatyzmu. Wszystko, co Greenwald o nim wiedział, prowadziło do jednego wniosku: mieli do czynienia z siwowłosym weteranem służby wywiadowczej. "Sądziłem, że był to raczej starszy biurokrata", mówi Greenwald. Sześćdziesięciokilkulatek w granatowej marynarce z błyszczącymi złotymi guzikami, przerzedzonymi siwiejącymi włosami, w praktycznych czarnych butach, w okularach i pod krawatem... Greenwald potrafił go sobie wyobrazić. Być może był to szef oddziału CIA w Hongkongu; miało się to niebawem wyjaśnić.

Podejrzenie to, jakże błędne, opierało się na dwóch przesłankach: łatwym dostępie źródła do ściśle tajnych informacji i błyskotliwości jego politycznej analizy. Z pierwszą porcją danych informator przesłał osobisty manifest, w którym wyjaśniał motywy swojego działania - pragnął obnażyć "niepodejrzane" państwo inwigilacji. Twierdził, że metody szpiegowania ludzi znacznie przekraczały granice prawa. Kontrola nad nimi stała się niemożliwa.

Informator utrzymywał, że NSA miała nadzwyczajne ambicje. W ciągu minionej dekady ilość cyfrowych informacji krążących między kontynentami znacznie wzrosła, osiągając wręcz gigantyczne rozmiary. Agencja odeszła od początkowej misji prowadzenia wywiadu zagranicznego i zaczęła zbierać informacje na temat wszystkich. I przechowywać je. Dotyczyło to danych zarówno z terenu Stanów Zjednoczonych, jak i z zagranicy. NSA potajemnie zajęła się nie czym innym, jak masową obserwacją elektroniczną. Tak przynajmniej twierdził informator.

Para dziennikarzy dotarła do aligatora przed czasem. Usiadła. I czekała. Greenwald zastanawiał się przez chwilę, czy aligator miał jakieś znaczenie w chińskiej kulturze. Nie był tego pewien. Nic się nie wydarzyło. Informator się nie pojawił. Dziwne.

Jeżeli nie doszłoby do spotkania za pierwszym razem, plan obejmował powrót tego samego ranka do zapewniającego anonimowość korytarza łączącego efektowne centrum handlowe hotelu Mira z jedną z kilku restauracji. Greenwald i Poitras wrócili. I znowu czekali.

Wtedy go zobaczyli - bladego, nerwowego, niedorzecznie młodego mężczyznę z chudymi, pająkowatymi kończynami. Zszokowany Greenwald pomyślał, że chłopak dopiero niedawno zaczął się golić. Miał na sobie biały T-shirt i dżinsy. W prawej ręce trzymał pomieszaną kostkę Rubika. Czy to jakaś pomyłka? "Wyglądał na jakieś 23 lata. Byłem całkowicie osłupiały. To wszystko nie miało sensu", mówi Greenwald.

Młody człowiek - jeśli faktycznie był informatorem - wysłał zaszyfrowane instrukcje dotyczące wstępnej weryfikacji:

GREENWALD: O której otwierają restaurację?

INFORMATOR: W południe. Ale nie idźcie tam. Jedzenie jest do bani.

Ta wymiana zdań wydawała się nieco komiczna. Zdenerwowany Greenwald wypowiedział swoją kwestię, z trudem zachowując poważny wyraz twarzy.

Potem Snowden powiedział tylko: "Chodźcie za mną". We troje udali się do windy. W pobliżu nie było nikogo więcej - przynajmniej nikogo nie widzieli. Wjechali na pierwsze piętro i poszli za mężczyzną z kostką w stronę pokoju 1014. Ten otworzył drzwi kartą magnetyczną i weszli do środka. "Wszedłem w to", mówi Greenwald.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje