Reklama

Reklama

"Marcin przekazał, że Artur nie żyje. Sprawdzamy tę informację"

"Kierownik niemieckiej wyprawy, który koordynował akcję poszukiwawczą, rozmawiał z Marcinem Kaczkanem, gdy Rosjanie dotarli do niego dzisiaj rano. Marcin przekazał mu, że Artur Hajzer nie żyje" - powiedział w rozmowie z reporterem radia RMF FM Janusz Majer, himalaista i przyjaciel Hajzera. Jutro na poszukiwania zaginionego na Gaszerbrum I w Karakorum himalaisty wyruszą uczestnicy niemieckiej ekspedycji. Polacy dwa dni temu wyszli do ataku szczytowego. Musieli jednak zawrócić z powodu silnego wiatru. Obaj odpadli od ściany w czasie zejścia kuluarem japońskim.

"Dzisiaj rano do obozu drugiego na Gaszerbrum I dotarła ekipa rosyjskich wspinaczy. Znaleźli tam Marcina Kaczkana zdrowego i na tyle sprawnego, że może schodzić sam. Nie znaleziono natomiast Artura. W rozmowie przez radiotelefon z Thomasem Laemmle - kierownikiem wyprawy niemieckiej, który kieruje tą całą akcją w bazie - Marcin stwierdził, że Artur Hajzer nie żyje. Sprawdzamy na razie tę wiadomość, chcemy mieć ją potwierdzoną. Nie rozmawialiśmy jeszcze z Marcinem, bo nie było z nim kontaktu" - powiedział reporterce radia RMF FM Annie Kropaczek Majer.

Reklama

Jak dodał, Laemmle dziś w nocy wyruszy z bazy na poszukiwania zaginionego himalaisty. Jutro około południa powinien dotrzeć w okolicę obozu drugiego.

"To były dwa niezależne wypadki"

 - To jest taka niepotwierdzona wiadomość od Marcina, który przeżył upadek. To on poinformował Niemców, że Artur nie żyje i że jego ciało jest gdzieś pod kuluarem japońskim, ale teraz do końca nie wiemy czy to ciało, czy jest ranny oraz czy Marcin był przy nim, czy nie. To jest dopiero wyjaśniane - powiedział z kolei Maciejowi Pałahickiemu członek programu Polski Himalaizm Zimowy 2010-2015, w ramach którego zorganizowano wyprawę na Gaszerbrum I i II, Krzysztof Wielicki.

 - Nasi przyjaciele z niemieckiej wyprawy mają wyjaśnić to z Marcinem przez łączność radiową i Rosjanami, którzy są tam na przełęczy, żeby potwierdzili ,czy to jest Artur Hajzer i czy znaleźli Artura, bo mogło się zdarzyć, że coś innego się stało. Rosjanie i Marcin są tam na przełęczy i z namiotu pod kuluar jest około 15 do 20 minut, więc myślę, że sprawdzają ten teren - dodał.

- Marcin też spadł, tylko widocznie jego lot był krótszy. Wygrzebał się z tego i wrócił do obozu. Być może Artur miał mniej szczęścia. W każdym razie to były dwa niezależne wypadki - wyjaśnił.

Kaczkan jutro dotrze do bazy Jak powiedział  sekretarz Polskiego Związku Alpinizmu Marek Wierzbowski, bezpośredni kontakt z Kaczkanem będzie możliwy dopiero jutro. Drugi z polskich himalaistów schodzi z obozu drugiego z członkami wyprawy rosyjskiej. Dzisiaj prawdopodobnie dotrą tylko do obozu pierwszego, a jutro zaczną schodzić do bazy. Dopiero tam będzie możliwe bezpośrednie połączenie.

Zarówno Kaczkan, jak i Rosjanie nie mają przy sobie telefonów satelitarnych. Łączą się z bazą przez radiotelefony. Tam Rosjanie przekazują informacje od nich Niemcom, a dopiero ci Polakom. Będąc w bazie, Kaczkan będzie mógł powiedzieć bez pośredników i tłumaczeń, co się stało i czy jest pewien, że Hajzer nie żyje.

Artur Hajzer wysłał SMS-a do swojej żony, że Marcin Kaczkan spadł

Marcin Kaczkan został odnaleziony przez Rosjan w obozie drugim. Jak powiedział wcześniej dziennikarzowi radia RMF FM Janusz Majer, z Hajzerem udało się natomiast nawiązać ostatni kontakt w niedzielę o godz. 11.

 - Rano atakowali szczyt, startując z obozu trzeciego. Doszli do wysokości 7600 metrów. Ze względu na silny wiatr zawrócili. Z obozu trzeciego połączyli się z bazą. Rozmawiali ze swoim kucharzem poprzez radiotelefon. Stwierdzili, że wszystko jest OK i że wychodzą do obozu drugiego. Potem o godz. 11 naszego czasu Artur Hajzer wysłał SMS-a do swojej żony, że Marcin Kaczkan spadł w kuluar japoński - wyjaśnił Majer.

Od tego czasu nie było kontaktu z Hajzerem.  - W związku z tym usiłowaliśmy zorganizować jakąś akcję poszukiwawczą. Na miejscu kieruje nią lider wyprawy niemieckiej. Wysłał tragarzy pierwszej nocy, ale pogoda wtedy się załamała. Były duże opady śniegu, brak widoczności i ci tragarze wrócili do bazy. Dopiero dzisiejszej nocy wyszli z obozu pierwszego Rosjanie i dotarli do obozu drugiego na przełęczy. Tam znaleziono Marcina - dodał.

Chcieli przejść przełęczą ze szczytu na szczyt

Celem Polaków w czasie wyprawy było zdobycie w jednym sezonie  mającego 8068 m szczytu Gaszerbrum I i o 33 m niższego Gaszerbrum II z przejściem przez łączącą je przełęcz Gaszerbrum Col (6400 m). Miała ona być przygotowaniem do ewentualnych ekspedycji zimowych.

Obie góry wielokrotnie zdobywano jedna po drugiej, bez powrotu do bazy, a jedynie do obozu pierwszego. Nie dokonano natomiast pełnego trawersu masywów ze szczytu na szczyt łączącą je granią przez przełęcz. - Zakładamy skromnie, że oba wierzchołki atakować będziemy bez użycia tlenu z butli drogami klasycznymi. Ewentualny trawers to trudna opcja, zależna od warunków i naszej dyspozycji -  mówił przed wyjazdem mieszkający w Mikołowie Hajzer.

Zdobywca kilku ośmiotysięczników

Hajzer z Jerzym Kukuczką 3 lutego 1987 roku dokonał pierwszego zimowego wejścia na Annapurnę (8091 m). Spośród ośmiotysięczników zdobył też Manaslu (8156 m) w 1986 wraz z Kukuczką, Sziszapangmę (8013 m) w 1987 nową drogą z Wandą Rutkiewicz, Ryszardem Wareckim i Kukuczką, Dhaulagiri (8167 m) w 2008 i Nanga Parbat (8126 m) w 2010 - oba z Robertem Szymczakiem, a dwa lata temu Makalu (8481 m) z Adamem Bieleckim i Tomaszem Wolfartem.







Dowiedz się więcej na temat: himalaista

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy