Reklama

Reklama

Ich rodziny się nienawidzą, a oni się pokochali. Brzmi znajomo?

"Naznaczeni śmiercią" to współczesna wersja Romea i Julii. Na jednej z planet w odległej galaktyce żyją dwa nienawidzące się wzajemnie i walczące o władzę ludy. Losy Cyry i Akosa splatają się brutalnie. Początkowa wrogość przeradza się we wzajemne ukojenie. Kiełkujące uczucie wymaga zaprzeczenia dawnym relacjom, obsesjom, wyobrażeniom. Naznaczeni śmiercią, naznaczeni stratą. Wyzwoleni przez miłość.

Veronica Roth to amerykańska pisarka młodego pokolenia. Urodziła się w 1988 roku w Nowym Jorku. Wychowała się w stanie Illinois. Ma polskie korzenie - rodzina jej matki pochodzi z Polski. Matka - Barbara Ross jest malarką. 

Reklama

FRAGMENT KSIĄŻKI

ROZDZIAŁ 1 AKOS

Szakwiaty zawsze rozkwitały w najdłuższą noc. Skulone płatki otwierały się w koronę intensywnej czerwieni, a całe miasto świętowało tę chwilę. Po części dlatego, że szakwiaty stanowiły siłę życiową ich ludu, a po części, jak sądził Akos, by nie

powariować w zimnie. Tego wieczoru, w Święto Kwitnienia, Akos pocił się w płaszczu, czekając na resztę rodziny. W końcu postanowił wyjść na podwórze, by się ochłodzić. Dom na planie koła zbudowano wokół paleniska, wszystkie ściany zewnętrzne i wewnętrzne były zaokrąglone. Prawdopodobnie po to, by zapewnić mieszkańcom szczęście.

Akos otworzył drzwi i mroźne powietrze natychmiast zaszczypało go w oczy, opuścił gogle, które zaparowały od ciepła skóry. Dłonią w rękawiczce chwycił po omacku pogrzebacz i wetknął go pod okap. Umieszczone pod spodem żarki wyglądały jak zwykłe czarne grudy, ale pod dotykiem metalu roziskrzyły się różnymi kolorami, w zależności od tego, czym je posypano. Poruszone, zajaśniały jaskrawą krwistą czerwienią. Tutaj, na zewnątrz, nie służyły do dawania ciepła czy światła - ich obecność miała po prostu przypominać o istnieniu nurtu. Tak jakby szum w głębi ciała nie wystarczał. Nurt przepływał przez wszystko, co żyje, przez każdą najdrobniejszą rzecz, i ukazywał się na niebie pod postacią wielobarwnej wstęgi. Jak żarki.

Jak światła sterolotów śmigających w górze, w drodze do centrum miasta. Ludzie mieszkający na innych planetach, którzy sądzili, że ta planeta jest jednostajnie białym śnieżnym pustkowiem, bardzo się mylili. Eijeh, starszy brat Akosa, wystawił głowę na zewnątrz.

- Lubisz marznąć? Mama prawie gotowa.

Kiedy wybierali się do świątyni, mama zawsze poświęcała więcej czasu na przygotowania. Cóż, w końcu była wyrocznią.

Wszystkie spojrzenia będą zwrócone na nią.

Akos odłożył pogrzebacz i wrócił do środka, przesunął gogle na czoło, ściągnął maskę osłaniającą twarz. Tata i Cisi, najstarsza z rodzeństwa, stali przed głównym wyjściem, ubrani w najcieplejsze płaszcze. Wszystkie uszyto z futra kutyi - które nie przyjmowało barwników, więc zawsze występowało w naturalnym szaro-białym kolorze - i zaopatrzono w kaptury.

- Wszyscy gotowi? Doskonale - powiedziała mama, opatulając się szczelnie, po czym zmierzyła wzrokiem stare buty męża i dodała: - Gdzieś tam prochy twego ojca trzęsą się z oburzenia, widząc te brudne buciory.

- Wiem i dlatego tak starannie je pobrudziłem - odparł tata z krzywym uśmieszkiem.

- Świetnie - odparła. A właściwie niemal zaszczebiotała. - Mnie takie właśnie się podobają.

- Podoba ci się wszystko, czego nie lubił mój ojciec.

- Ponieważ twój ojciec niczego nie lubił.

- Możemy wejść do sterolotu, póki jest w nim ciepło? - zaproponował Eijeh nieco zrzędliwym tonem. - Ori czeka na nas koło pomnika.

Mama uporała się z płaszczem i włożyła maskę. Ruszyli podgrzewanym chodnikiem, turlając się jak kule, szczelnie opakowani w futra, gogle i rękawice. Czekał już na nich okrągły przysadzisty pojazd, unoszący się tuż nad zaspą śniegu, na wysokości kolan. Na dotyk mamy drzwi się otworzyły i wszyscy załadowali się do środka. Cisi i Eijeh musieli wciągnąć Akosa za ręce, bo był za mały, żeby wejść samodzielnie. Nikt nie przejmował się pasami bezpieczeństwa.

- Do świątyni! - zawołał tata, unosząc pięść. Zawsze tak pokrzykiwał przy podobnych okazjach. Jakby próbował rozweselić towarzystwo pogrążone w nudnej lekturze czy czekające w długiej kolejce w dzień wyborów.

- Gdyby tak dało się zapakować ten entuzjazm w butelki i sprzedawać go wszystkim mieszkańcom Thuvhe. Większość z nich widuję raz do roku i to wyłącznie dlatego, że czeka na nich poczęstunek - powiedziała mama ze słabym uśmiechem.

- To doskonałe rozwiązanie - stwierdził Eijeh. - Wystarczy wabić ich jedzeniem przez całą porę.

- Oto mądrość dziecka - odparła mama, wciskając przycisk zapłonu.

Sterolot gwałtownie zerwał się w przód i jednocześnie do góry, wszyscy stracili równowagę i poprzewracali się na siebie. Eijeh ze śmiechem odepchnął Akosa. Przed nimi migotały światła Hessy. Miasto owijało się wokół wzgórza - w dole widniała baza wojskowa, w górze zaś świątynia, a pomiędzy nimi wszystkie pozostałe budynki. Świątynia, do której właśnie zmierzali, była wielką kamienną budowlą z wznoszącą się pośrodku kopułą, która robiła wrażenie ulepionej z tysięcy kolorowych szybek. Kiedy świeciło słońce, szczyt wzgórza płonął pomarańczą i czerwienią. Co znaczyło, że płonął tymi kolorami bardzo rzadko.

Sterolot sunął wzdłuż wzniesienia, ponad kamienistą Hessą, tak starą jak ich planeta-naród Thuvhe, jak nazywali ją wszyscy z wyjątkiem nieprzyjaciół. Słowo to było bowiem trudne do wypowiedzenia dla kogoś spoza ich świata, niemal się nim dławili. Połowa wąskich budynków tonęła w zaspach. Niemal wszystkie stały puste. Mieszkańcy - a w każdym razie ci, którzy liczyli się w społeczeństwie - zmierzali tego wieczoru do świątyni. 

- Widziałaś dzisiaj coś interesującego? - spytał tata mamę, okrążając szerokim łukiem wysoki, sterczący w niebo i zataczający kręgi wiatromierz.

Akos domyślał się po tonie głosu, że tak naprawdę tata pyta ją o wizje. Każda z planet należących do galaktyki miała po trzy wyrocznie: wschodzącą, zasiadającą, jak ich mama, i upadającą. Akos nie do końca rozumiał, co to oznacza, wiedział tylko, że nurt szeptem opowiada mamie do ucha o przyszłości, a ludzie żywią do niej z tego powodu nabożny szacunek.

- Niedawno widziałam w jednej z wizji twoją siostrę... - zaczęła mama. - Ale ona pewnie wcale nie chciałaby o tym wiedzieć.

- Uważa, że przyszłość należy traktować z powagą i szacunkiem.

Mama powiodła wzrokiem po twarzach Akosa, Eijeha i Cisi.

- Właściwie powinnam się tego spodziewać, wchodząc do rodziny wojskowego - powiedziała po chwili. - Najchętniej wszystko byście poddali ścisłym regulacjom, nawet mój dar nurtu.

- Nie wiem, czy zauważyłaś, ale ja przeciwstawiłem się rodzinnym oczekiwaniom i wybrałem karierę farmera, nie wojskowego wysokiej rangi - odparł tata. - A moja siostra nie ma nic złego na myśli, po prostu czasami się denerwuje, to wszystko.

- Hmmm - odrzekła mama, jakby wiedziała, że to jednak nie wszystko.

Cisi zaczęła nucić. Akos znał tę melodię, ale nie potrafił powiedzieć skąd. Siostra wyglądała przez okno, nie zwracając uwagi na sprzeczki rodzinne. Kilka tyków później spory ucichły. Tata zawsze powiadał, że Cisi działa na ludzi w wyjątkowy sposób. Kojąco.

Świątynia lśniła światłami na zewnątrz i w środku, ponad łukowatym wejściem wisiały sznury latarenek nie większych od pięści Akosa. Wszędzie tłoczyły się steroloty, o tłustych brzuchach owiniętych wstęgami kolorowego światła, zaparkowane na stoku wzgórza bądź krążące wokół dachu kopuły w poszukiwaniu miejsca do wylądowania. Mama znała wszystkie sekretne zakamarki wokół świątyni i teraz nakierowała tatę w stronę zacienionej wnęki obok refektarza. Po wyjściu z pojazdu ruszyła truchtem, wiodąc ich za sobą w stronę bocznych drzwi.

Ruszyli korytarzem z ciemnego kamienia, stąpając po dywanach tak wytartych, że gdzieniegdzie widać było przez nie posadzkę. Minęli niewielkie oświetlone świecami miejsce pamięci poświęcone mieszkańcom Thuvhe, którzy zginęli podczas inwazji ludu Shotet. Te wydarzenia miały miejsce przed narodzinami Akosa.

Zwolnił kroku, by popatrzeć na migotliwe świece. Nagle ktoś chwycił go z tyłu za ramię. Akos otworzył usta, zaskoczony i przestraszony. Zarumienił się, uświadomiwszy sobie, że to tylko jego brat. Eijeh dźgnął go palcem w policzek i roześmiał się.

- Nawet w ciemności widzę, jaki jesteś czerwony!

- Zamknij się! - warknął Akos.

- Eijeh - wtrąciła się mama. - Nie drażnij się z bratem.

- To był tylko żart...

Akos był na siebie wściekły. Rumienił się z byle powodu, przy każdej okazji. Skierowali się do wnętrza budowli. Przed Salą Przepowiedni zgromadził się tłum. Wszyscy zdejmowali wysokie wierzchnie obuwie, pozbywali się płaszczy, czochrali włosy przyklapnięte pod kapturami, chuchali ciepłym oddechem na zmarznięte palce. Keresethowie złożyli płaszcze, gogle, rękawice, buty i maski w ciemnej wnęce pod fioletowym oknem oznaczonym symbolem nurtu.

Nagle Akos usłyszał znajomy głos:

- Eij! - Korytarzem pędziła Ori Rednalis, najlepsza przyjaciółka Eijeha.

Robiła wrażenie pokracznej tyczki, złożonej głównie z kolan, łokci i potarganych włosów. Miała na sobie suknię - Akos nigdy dotąd nie widział jej w takim stroju - z ciężkiej fioletowo-czerwonej tkaniny, zapinanej na ramieniu jak mundur wojskowy. Jej knykcie też były czerwone - z zimna.

Zatrzymała się gwałtownie tuż przed Eijehem.

- No jesteś. Zdążyłam wysłuchać dwóch przemów mojej ciotki na temat Zgromadzenia i zaraz chyba eksploduję.

Akos miał okazję słyszeć jedną z przemów ciotki Ori, również na temat Zgromadzenia, czyli ciała rządzącego galaktyką, które według niej ceniło Thuvhe jedynie z powodu uprawy lodokwiatów, a przede wszystkim bagatelizowało ataki ze strony ludu Shotet, nazywając je "sporami obywatelskimi". Owszem, ciotka miała rację, lecz Akos jakoś nie przepadał za wygłaszającymi przemowy dorosłymi. Nigdy nie wiedział, jak należy zareagować.

- Aoseh, Sifa, Cisi, Akos, cześć wszystkim! Szczęśliwego Święta Kwitnienia! Chodźmy, Eij. - Ori szybko wyrzucała słowa, nie tracąc czasu na złapanie oddechu.

Eijeh pytająco spojrzał na tatę, a ten machnął dłonią.

- No idź, idź. Tylko dołącz do nas później.

- I pamiętaj, jeśli złapiemy cię z fajką w zębach, jak w zeszłym roku - dorzuciła mama - będziesz musiał zjeść to, co jest w środku.

Eijeh uniósł brwi. Nigdy, w żadnej sytuacji, nie czuł się zakłopotany, nigdy się nie rumienił. Nawet kiedy dzieciaki w szkole wyśmiewały się z jego głosu - wyższego niż u większości chłopców - albo z jego życia w dostatku, co tutaj, w Hessie, nikomu nie przysparzało popularności. Eijeh nigdy nie odpowiadał na zaczepki. Miał taki dar, że potrafił się od wszystkiego odciąć. Dopuszczał do siebie pewne rzeczy tylko wtedy, kiedy tego chciał.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje