Reklama

Reklama

Historie z morałem

Historie z morałem mają to do siebie, że na ogół ludzie ich po prostu nie lubią. No bo przecież nikt nie czuje się najlepiej w roli pouczanego. Co sprawia, że takich morałów jednak ludzie czasem słuchają? Lepiej się uczyć na cudzych błędach niż na swoich, to mniej boli. Dlatego dwie przytoczone poniżej autentyczne historie mogą nas czegoś nauczyć. Bez przesadnego pouczania morał będzie tylko jeden.

Brytyjska nauczycielka, 54- letnia Gillian Gibbons wyjechała do Sudanu nauczać dzieci w szkole podstawowej. Pewniego dnia, aby przypodobać się nieco swoim pupilom, przyniosła do szkoły pluszowego misia. Klasowa maskotka powinna mieć jednak jakieś imię. Jak więc ją nazwać? Pierwszym imieniem, jakie Gillian przyszło do głowy był Muhammad. Pewnie nie pomyślała nawet, że przecież jest w Sudanie, kraju, w którym islam to religia dominująca, a wyznawcy traktują ją bardzo serio. Wprawdzie co drugi mężczyzna nosi tam imię Proroka, ale misie pluszowe już nie koniecznie. Mohammad tu, Mohammad tam no to niech będzie Muhammad...

Reklama

Przez ten nieco nieroztropny krok pani Gibbons popadła w poważne tarapaty. Kilka dni później policja zabrała ją do stołecznego Chartumu a sąd natychmiastowo, w ciągu jednego dnia, skazał na karę 15 dni więzienia, 40 batów oraz deportację za obrazę Islamu. Sprawa dotarła do brytyjskich mediów, podniósł się międzynarodowy alarm, że obywatela Zachodu przetrzymują w nieludzkich warunkach za takie głupstwo, że prawa człowieka itd. Ostatecznie, po interwencji odpowiednich ministerstw, zabiegów dyplomatycznych i działalności negocjatorów, Gillian wypuszczono po ośmiu dniach z więzienia, darowano chłostę. Wróciła do kraju. Dlaczego przytaczam tę historię? Aby odradzić wyjazd do Sudanu? Nie. Spójrzmy na przykład z innego podwórka.

Gdzieś w zachodnim Belfaście, w jednej z wielu dzielnic robotniczych mieszkało kilku przybyszów z Europy Środkowo-Wschodniej. Ponieważ przyjechali niedawno, więc zależało im aby jak najmniej płacić za mieszkanie. Dlatego wynajęli 3-pokojowy dom o nie najwyższym standardzie w pięciu. Mieszkanie w "pięciu chłopa" to trochę jak wakacje na obozie harcerskim. Niby żyjemy, ale wszystko takie tymczasowe i nie do końca na serio. Cały tydzień ciężko pracowali, a w weekend odpoczywali. Odpoczywać można jednak różnie. Właściwie należałoby napisać: relaksowali się. Czasem kilka piwek, wiadomo, ciężka praca to i porządny relaks się należy. Niekiedy w sobotni wieczór wpadło kilku znajomych, wtedy impreza przybierała nieco na sile, w ruch szły mocniejsze alkohole. Dalszy scenariusz jest już dość łatwy do przewidzenia: a to muzyka za głośna, a to któryś z kolegów po kilku głębszych nie potrafił usiedzieć spokojnie. Krótko mówiąc - dom ten ciszą i spokojem w weekendowe wieczory wykazać się nie mógł. Nie za bardzo podobało się to sąsiadom. Nikt jawnie się nie skarżył, ale i porannego "hello" sąsiedzi jakoś nie mówili. Pewnego wieczoru jacyś małoletni wybili szyby w oknach domu naszych bohaterów. Na szczęście nikt nie ucierpiał, ale policja, po zapoznaniu się ze sprawą zasugerowała poszkodowanym wyprowadzkę ponieważ nie jest w stanie zapewnić im bezpieczeństwa.

Dom naszych bohaterów to tylko jeden z wielu podobnych w okolicy, które są zamieszkane przez emigrantów z Czech, Słowacji, Litwy i, najczęściej: z Polski. Ponieważ znajdują się zazwyczaj w robotniczych dzielnicach więc i sąsiedzi są dość specyficzni. Panuje tutaj bardzo swojski, lokalny klimat, z drzwiami domów wychodzącymi bezpośrednio na ulice i stojącymi w nich tęgimi osiłkami o wytatuowanych ramionach, palącymi papierosy. Po ulicach, rzadko sprzątanych, biegają ich dzieci ubrane w dresy, na ścianach domów murale przypominające o czynach lokalnych bohaterów - pogromcach śmiertelnego wroga zza miedzy. Lokalni mieszkańcy zazwyczaj nie odnoszą się do emigrantów z wrogością. Zdarza się jednak, że ci nadużywają ich cierpliwości - w końcu to jacyś goście z dalekich, nieznanych krajów, którzy wnoszą sporo zamieszania do osiedlowego klimatu, a jeśli jeszcze wchodzą w drogę lokalnym osiłkom zakłócając im ciszę nocną to już sprawa robi się poważna...

Fakt, lokalne obyczaje może są dla nas trochę dziwne i nie zawsze je rozumiemy, tak jak i prawo w Sudanie wydało się całemu Zachodowi (a już tym bardziej Gillian Gibbons) co najmniej dziwne. Choćby jednak to było nawet niecywilizowane plemię - brak poszanowania lokalnych zwyczajów przez przybysza grozi stosowną karą. Jak byśmy zareagowali gdyby u nas, w ojczyźnianej Polsce, jakiś obcokrajowiec, zarobkowy emigrant, popędzony kilkoma piwami siusiał nam do ogródka?

Paweł Bruger

Dowiedz się więcej na temat: Po prostu

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy