Reklama

Reklama

Bristol: Zatrzymania po napadzie na polski sklep

Są pierwsze zatrzymania w sprawie wtorkowego napadu na polski sklep w Bristolu. Lokalna policja miała już wcześniej informacje o podobnym zdarzeniu jednak je zignorowała. Koszty wtorkowego napadu mogą sięgać dziesiątki tysięcy funtów.

We wtorek, we wczesnych godzinach wieczornych, doszło w Bristolu (w dzielnicy Whitchurch) do napadu na polski sklep spożywczy. Napastnicy porozbijali w sklepie butelki z nieznaną cieczą. Po przeprowadzonych badaniach okazało się, że w butelkach był kwas masłowy rozpuszczony w occie. Pierwsze podejrzenia skierowane zostały na nieuczciwą konkurencję. Policja dystansuje się od podejrzeń, że atak mógł być spowodowany na tle rasistowskim. Jednak fakty mówią same za siebie. W dzielnicy Whitechurch oraz sąsiedniej dzielnicy Knowle już wcześniej dochodziło do podobnych incydentów. Celem ataków, były również sklepy prowadzone przez emigrantów różnych narodowości.

Reklama

- Byliśmy z żoną na zapleczu, kiedy do sklepu wtargnęli napastnicy. Z dużą siłą rzucali po sklepie butelkami z kwasem. Moja żona cudem nie dostała jedną z butelek w twarz - mówi właściciel sklepu Robert Świsulski. O sile uderzeń świadczy fakt, że futryna drzwi biurowych, w których stanęła żona właściciela, jest w kilku miejscach połamana.

Policja z Bristolu, już na wstępnym etapie śledztwa, zatrzymała pierwszego podejrzanego w sprawie. Na razie znana jest tylko narodowość - jest to mężczyzna narodowości angielskiej. Znane są też szczegóły poprzedniego zdarzenia, które miało miejsce w tym samym sklepie. Wtedy śmierdzący kwas masłowy, został rozlany na wykładzinę położoną w sklepie. Wezwana na miejsce policja, według relacji właściciela sklepu, potraktowała to jako "dziecinny żart".

Wtorkowa akcja to także konkretne koszty i straty. Podczas akcji została zamknięta droga wjazdowa do Bristolu. Wszystkie sklepy na ulicy, na której znajduje się polski sklep, zostały zamknięte, a ich właściciele ponieśli straty związane z brakiem obrotu w tym dniu. Nieoszacowane są również koszty samej akcji ratunkowej, w której według relacji świadków uczestniczyło więcej jak kilkanaście samochodów policji, straży pożarnej, jednostek ratownictwa chemicznego oraz pogotowia.

Sprawa jest rozwojowa. Właściciele sklepu kontaktowali się również z Wydziałem Konsularnym Ambasady Polskiej w Londynie.

Zgodnie z informacjami, jakie otrzymaliśmy sklep zostanie przeniesiony do innej, bezpieczniejszej dzielnicy.

Piotr Dobroniak

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje