Reklama

Reklama

Blogerzy i internetowe prostytutki

Tym razem nie o polityce międzynarodowej a pro domo sua. Przez gazety przetacza się dyskusja o Katarynie, a dokładniej o tym, czy znana blogerka powinna ujawnić swoją prawdziwą tożsamość. Stanowiska zostały jasno zarysowane.

Tylko u nas: MORDERSTWO NA KATARYNIE. Przeczytaj!

Reklama

Piasecki: INTERNETOWI BLAGIERZY. Przeczytaj!

"Dziennik" twierdzi, że powinna,"Rzeczpospolita" broni anonimowości Kataryny, przy okazji oskarżając swoich dziennikowych konkurentów o nieczyste intencje. Całość jest rzecz jasna podlana sosem nieszczęsnej POPiSowskiej wojny. Czyli - ci, co za PiS, są za Kataryną, ci, co za PO - przeciw. A dokładniej, wszystko na odwrót - zwolennicy Kataryny są definiowani jako pisowcy a przeciwnicy, jako platformersi.

Tymczasem spór dotyczy sprawy ważnej i dosyć słabo zdefiniowanej, czyli wolności debaty sieciowej i jej ograniczeń. Pierwszy odruch normalnego obserwatora jest taki, że ma się ochotę wrzasnąć:"A odczepcie się od biednej Kataryny!", gwarancją wolności jest przecież prawo do anonimowości w sieci. Po chwili przychodzi pytanie, czy jednak tak pojmowana wolność nie jest psuciem debaty publicznej.

Nawet pod dosyć spokojnymi tekstami, publikowanymi przeze mnie w INTERIA.PL, pojawiają się regularnie komentarze czule określające mnie mianem a to "agenta komuny", a to "pieska Sikorskiego". Rzecz jasna, intencje, którymi się kieruję, są wyłącznie złe i wynikają z poleceń, jakie otrzymuję od wrażych ośrodków.

Czytając takie komentarze miałoby się rzecz jasna ochotę zapytać Autorów o powody ich nienawiści (lub źródła głupoty). Ale zwykle mamy do czynienia z nickiem. No dobrze, takie są koszty działalności publicznej.

Zapewne wszystkim nam się zdarza w prywatnych rozmowach powiedzieć, że X to krętacz i złodziej, Y jest ubekiem a Z zrobiła karierę dzięki walorom swojego tyłeczka a nie intelektu. Natomiast nie powtórzymy tego publicznie, bo narazimy się na proces sądowy, a co najmniej na obicie pyska przez - powiedzmy - gacha panny Z.

Nawet tabloidy zaprzestają już brutalnych pomówień, po zapłaceniu solidnych odszkodowań. Mogą sobie na nie natomiast pozwolić anonimowi komentatorzy i blogerzy. O ile nie wyeliminujemy chamstwa spod publikowanych w internecie tekstów. Można jedynie wycofywać się z forów, na których poziom agresji jest trudny do zaakceptowania. Ja sam w pewnej chwili zamilkłem w Salonie 24, nie mając ochoty na odpisywanie autorom inwektyw.

Czymś innym jest jednak przypadek blogera, systematycznie komentującego rzeczywistość. Wydaje się, że dopóki są to opowieści o kłopotach z doborem tipsów, albo zwierzenia niespełnionego kochanka czy zmartwionej mamy trzylatka, to wszystko jest OK. Ale gdy blog dotyka debaty publicznej, szczególnie ad personam - a to jest przypadek sporu Kataryny z ministrem Czumą - autor powinien być przygotowany na ujawnienie swojej tożsamości.

W przeciwnym razie musi być przygotowany na to, że jego wypowiedzi zostaną potraktowane tak samo jak anonimy, które każdy przyzwoity człowiek bez czytania wyrzuca do kosza. Warto jeszcze pamiętać, że w rzeczywistości wirtualnej znajdują się, całkiem licznie, osoby publiczne pisujące pod pseudonimami. Ich prawo. Ale tylko do czasu, gdy za pomocą wpisów podpisanych "Emigrant", "Nazgul" czy jakkolwiek inaczej, nie próbują załatwiać swoich interesów. Służbowych albo prywatnych.

Jeszcze innym podgatunkiem jest spora grupa anonimowych blogerów i komentatorów wynajmowanych przez partie polityczne lub firmy dla prowadzenia PR. Ci ostatni po zdemaskowaniu powinni być bezwzględnie eliminowani. Bo są zwyczajnymi oszustami, a nawet więcej - internetowymi prostytutkami ("dobrze mi tu płacą za to, co i tak wszak lubię").

Żeby nie było wątpliwości - ostatni akapit NIE DOTYCZY Kataryny. A może inaczej - mam nadzieję, że jej nie dotyczy, bo wedle informacji "Dziennika" jest ona osobą publiczną.

W czasach przedinternetowych mówiło się, że jeśli masz wobec kogoś pretensje, to powiedz mu to prosto w oczy. W sieci oznacza to tyle, że trzeba mieć odwagę podpisania się pod własnymi poglądami. Zwłaszcza że tzw. służbom namierzenie 99,9 proc. anonimowych rzekomo osób nie nastręcza większych kłopotów. A ta pozostała jedna dziesiąta procenta to albo terroryści, albo specjaliści komputerowi.

Więc jeśli anonimowy bloger zyska autorytet i sławę, a jednocześnie chce lub wręcz musi zachować anonimowość, stać się może nadzwyczaj wdzięcznym obiektem szantażu. Obrona anonimowości Kataryny podjęta przez mojego szacownego sąsiada, felietonisty INTERIA.PL Rafała Ziemkiewicza pod hasłem, że w Polsce zbyt często ważne jest nie to, co się pisze, ale kto to napisał, jest więc strzałem kulą w płot.

Tak, drogi Rafale - ważne jest także, kto to napisał. Bo podpisuje się nie tylko swoim nazwiskiem, ale swoim dorobkiem, doświadczeniem i wiedzą. A po drugie: podpisując się, przyjmujesz odpowiedzialność za to, co napisałeś.

W pierwszym przypadku: wątpię, czy chciałbyś być leczony przez osobę, która wprawdzie wygląda na kompetentną, ale nie ma ani dyplomu, ani - co ważniejsze - nikogo jeszcze nie wyleczyła. W drugim: testowała to już instytucja sądów kapturowych. Anonimowość ma sens, ale wyłącznie w bardzo ograniczonym zakresie. Ograniczonym prawami drugiej osoby.

Anonimowe opinie na temat samochodów czy hoteli są pożyteczne. Podobnie jak anonimowe zwierzenia alkoholików czy osób z grup wykluczonych. Bo pozwalają rozwiązywać problemy. Anonimowa informacja o podłożonej bombie jest również skrupulatnie sprawdzana, ale najczęściej równolegle (zwykle z sukcesem) trwają poszukiwania jej źródła.

Anonimowa opinia bywa warta przeczytania i przemyślenia, ale jej waga jest wielokrotnie mniejsza od podpisanej. Anonimowa informacja o osobie powinna natomiast być potraktowana podobnie jak donos - szybko i bez czytania do kosza.

Mam nadzieję, że do regulowania anonimowości w internecie nie zabiorą się politycy. Bo zawsze jest lepiej, kiedy sama społeczność potrafi konsekwentnie zakreślić ramy swojego działania, bez ingerencji z zewnątrz.

Pisałem kiedyś, że szlag mnie trafia na teksty w rodzaju "pijani rodzice nie opiekowali się dzieckiem" - w przeszłości, jeśli rodzice byli pijusami zaniedbującymi dzieci, to spotykali się anatemą środowiska, a jeżeli zdarzyło im się wypić o kieliszek za dużo do obiadu raz na miesiąc, to pozostawało to ich prywatną sprawą.

Podobnie jest z blogosferą. Jeśli przestanie działać mechanizm kontroli społecznej, to kodeksy uregulują nam każdy przecinek w tekstach pisanych w sieci. I wtedy dopiero zarówno podpisani, jak anonimowi, będą się mieli z pyszna.

Jerzy Marek Nowakowski

Dowiedz się więcej na temat: prostytutek | morderstwo | bloger | blogerzy

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne