Reklama

Reklama

Syreny zawyły w Wigilię

Była to jedna z największych awarii w historii polskiej energetyki. W wigilijną noc z 24 na 25 grudnia 1998 roku w Elektrowni Turów zawyły syreny.

Reklama

"Wyjątkowo niefortunnie dobrany czas (wigilia wieczorem) połączony z pechowym działaniem sprzętu (zawiodły układy automatyki zabezpieczeń na stacji rozdzielczej) spowodowały awarię bloku 5 - zniszczenie generatora, następnie pożar i wszystkie kolejne konsekwencje" - tak o wydarzeniach z 1998 roku pisze Konrad Świrski, bloger zajmujący się energetyką.

Reklama

Wigilia wieczorem to najczęściej czas, który spędzamy z bliskimi. Jednak nie wszyscy, bo istnieją branże, w których nawet chwilowy przestój nie jest możliwy. Tak też jest w przypadku elektrowni. Podobnie było w 1998 roku w jednej z najważniejszych polskich elektrowni, gdy niektórzy pracownicy musieli pójść "na swoją zmianę", której prawdopodobnie nie zapomną do końca życia.

Tej pamiętnej nocy doszło do prawie całkowitego zniszczenia bloku energetycznego o mocy 200 MW, uszkodzenia licznych urządzeń sąsiednich jednostek wytwórczych, wyłączenia większości generatorów i groźnego pożaru w maszynowni. Co tak naprawdę tam się stało? Przyczyny tego tragicznego zdarzenia badały różne komisje, a wnioski posłużyły do opracowania środków zapobiegawczych.

Miała to być planowa robota polegająca na wyłączeniu z pracy bloku nr 5. Po obniżeniu mocy turbogeneratora przez zamknięcie dopływu pary do turbiny, obsługa bloku wysłała z elektrowni rozkaz wyłączenia wyłącznika blokowego w stacji wysokiego napięcia. Sęk w tym, że układ sterowania był uszkodzony i z trzech styków biegunów otworzyły się tylko dwa. Jednocześnie poszedł sygnał, że otworzyły się wszystkie.

W konsekwencji tego wydarzenia nastąpił ciąg nieoczekiwanych zdarzeń, a wskutek termicznego uszkodzenia elementów konstrukcyjnych wirnika generatora doszło do jego mechanicznego zablokowania w stojanie, następnie do wyrwania i wyrzucenia części sprzęgła i łożysk poza budynek.

Wybuchł pożar w całym bloku 5. Istniała obawa, że awaria będzie poważniejsza, a pożar może się rozprzestrzenić, więc zapadła decyzja, by wyłączyć działające prawidłowo trzy sąsiednie generatory.

Cud, że tego dnia nikomu nic się nie stało. Późniejsze kontrole i badania wykazały, że personel zachował się prawidłowo, w elektrowni nie było błędu człowieka. Katastrofa wydarzyła się z powodu jednej usterki, a mianowicie nieszczelności rurki z hydrolem. Dopiero ciąg kolejnych zdarzeń ukazał skalę zniszczeń tej drobnej, wydawałoby się usterki.

"Wigilijna" awaria była jedną z największych w historii polskiej energetyki. Na jej podstawie powstały różne opracowania, które mają zapobiec podobnym zdarzeniom w przyszłości. 

W 2005 roku Elektrownia Turów przeszła gruntowną modernizację. Dziś jest jedną z najnowocześniejszych w Europie.

(na podstawie: Piotr Olszowiec, Awarie w energetyce wciąż nieuniknione)

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama