Reklama

Reklama

Ofensywa krabów Stalina

Ostatnia armia Stalina maszeruje na Zachód pochłaniając po drodze wszystko, co napotka na swojej drodze - informuje "Gazeta Wyborcza".

Czerwone kraby królewskie, zwane potocznie krabami Stalina, które kilkadziesiąt lat temu sprowadzono w okolice Murmańska z Kamczatki, rzeczywiście maszerują na Zachód, tyle że nie po lądzie, ale po dnie Morza Barentsa. I zamieniają je w morską pustynię - zjadają wszystko, co znajdą na swej drodze: rybią ikrę, inne skorupiaki, martwe ryby, rośliny - czytamy w dzienniku.

Przez 40 lat przewędrowały kilkaset kilometrów, aż do norweskich fiordów i Morza Norweskiego. - Kierują się dalej na południowy-zachód i mogą dotrzeć nawet do Gibraltaru - prorokuje w rozmowie z agencją Reuters Jurij Ilarionowicz Orłow, rosyjski biolog, który w latach 60. uczestniczył w akcji "zakrabiania" morskich okolic Murmańska. - Na szczęście mamy jeszcze trochę czasu, bo zanim kraby dotrą do Gibraltaru, minie 150 lat - dodaje uczony.

Reklama

Nie zgadza się z tym Jan Sundet z norweskiego Instytutu Badań Morskich. Zapewnia, że czerwone kraby królewskie żyją w lodowatych wodach, więc nie przetrwają cieplejszych wód Atlantyku. Inni badacze mówią jednak, że na przestrzeni lat skorupiaki te mogą przystosować się do innych warunków.

Ważące do 12 kg i mogące mierzyć od szczypiec do szczypiec nawet dwa metry kraby giganty to jeden z koszmarnych kaprysów Stalina. W latach 30. sowiecki przywódca zarządził, by w ramach walki z głodem na rosyjskiej północy przenieść kraby z okolic Kamczatki na północnym Pacyfiku do Murmańska. Plan ten zrealizowano dopiero w latach 60. Tysiące skorupiaków zapakowano w wagony i podczas siedmiodniowej podróży przewieziono koleją z Władywostoku do półwyspu Kola.

Jak informuje "GW", przez kolejne 30 lat o krabach nikt nie słyszał. Dopiero teraz okazało się, że ich "europejska" populacja liczy już 12 mln osobników.

W międzyczasie niedoszły pokarm radzieckiej klasy robotniczej stał się przysmakiem zachodniej burżuazji. Rybacy za kilogram złowionego kraba Stalina dostają ok. 65 koron norweskich, czyli ponad 30 zł. W sklepach za kilogram przysmaku trzeba już zapłacić 500 koron, czyli 240 zł.

Norweskie władze stoją dziś przed nie lada dylematem. Z jednej strony skorupiaki monstra są doskonałym źródłem dochodów dla rybaków - dla 259 właścicieli kutrów, którzy mogą odławiać kraba, stanowią one 60 proc. przychodów. Z drugiej jednak strony to, że kraby tak dokładnie pustoszą morskie wody, sprawia, że w dalszej perspektywie ów dobry zarobek niesie ze sobą duże ryzyko.

Ponieważ wielkie skorupiaki nie mają naturalnych (prócz ludzi) wrogów, rozmnażają się w niekontrolowany sposób i stanowią poważne zagrożenie dla arktycznego ekosystemu i gospodarki rybackiej. Jak tłumaczy Andreas Tveteraas z norweskiego oddziału WWF (World Wildlife Found), kraby giganty pożerają ikrę maleńkich rybek gromadnic, które są ważnym ogniwem łańcucha pokarmowego. Gromadnicami żywią się np. dorsze, z których połowu żyją norwescy rybacy. Kiedy zabraknie gromadnic, wyginą dorsze.

Samice krabów znoszą ok. pół miliona jaj, z których udaje się przeżyć kilku tysiącom sztuk potomstwa. Według Andreasa Tveteraasa z norweskiego oddziału WWF za ostatni wzrost liczby krabów odpowiedzialna jest tylko część dojrzałych samic. Kolejne setki tysięcy mogą zacząć znosić jaja w najbliższych latach i wówczas populacja może zacząć rosnąć w zastraszającym tempie. Ekolodzy ostrzegają, że to tykająca bomba biologiczna, z którą coś trzeba zrobić. Dlatego też WWF stara się zwrócić uwagę norweskiego rządu na to zagrożenie.

Trzy lata temu organizacja napisała do ONZ list oskarżający Norwegię o łamanie międzynarodowej konwencji o biologicznej różnorodności (Oslo podpisało ją w 1992 r.). Konwencja ta zobowiązuje kraje sygnatariuszy do ochrony własnej fauny przed zagrażającymi jej obcymi gatunkami. Norweskie władze zignorowały tę akcję prawdopodobnie z przyczyn ekonomicznych. Dziś nawet rybacy, którzy wcześniej domagali się całkowitej likwidacji populacji krabów, mówią ostrożnie tylko o zwiększeniu kwot połowowych.

Nawet gdyby norweskie władze zdecydowały się na masowe odławianie krabów, nie mogą tego zrobić. Skorupiaki są bowiem pod częściową ochroną, a sprawę ich połowu reguluje umowa z Rosją. W tym roku zgodnie z podziałem kwot połowowych norweskie kutry mogą odłowić 300 tys. sztuk krabów, a rosyjskie 3 mln.

Coraz więcej norweskich ekspertów jest zdania, że czerwone kraby królewskie są nie tylko problemem gospodarczym czy ekologicznym, ale stają się też poważną kwestią polityczną w stosunkach z Moskwą. I bynajmniej nie tylko dlatego, że ciąży nad nimi stalinowska przeszłość - konkluduje "GW".

Dowiedz się więcej na temat: Krab | rybacy | stalin | 'Gazeta Wyborcza' | Gazeta Wyborcza | zachód | ofensywa

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL