Reklama

Reklama

Tysiące demonstrantów "Solidarności"

Tysiące związkowców przeszły w piątek ulicami Warszawy, manifestując w obronie godności pracowników. Zorganizowany przez NSZZ "Solidarność" protest przebiegł bez większych incydentów.

W proteście pod hasłem "Godna praca i godna emerytura to godne życie" - według organizatorów - uczestniczyło około 50 tys. osób. Policja podaje, że było ich ok. 18 tys.

Reklama

Manifestacja rozpoczęła się na Pl. Piłsudskiego od odśpiewania hymnu państwowego. Przemawiali m.in. szef "Solidarności" Janusz Śniadek i przedstawiciele zagranicznych związków. O problemach swych branż opowiadali reprezentanci "S" ochrony zdrowia, oświaty, górnictwa i energetyki oraz transportu.

- Przybyliśmy do Warszawy w przeddzień narodowego święta podpisania Porozumień Sierpniowych, żeby bronić praw pracowniczych, które są zagrożone - powiedział Śniadek, otwierając demonstrację.

Następnie manifestanci przeszli ulicami: Królewską, Nowym Światem, przez Rondo de Gaulle'a do Placu Trzech Krzyży i dalej Alejami Ujazdowskimi. W kancelarii premiera złożyli petycję, adresowaną do szefa rządu Donalda Tuska. Petycję odebrał szef doradców premiera Michał Boni.

- Apelujemy do Rządu RP o respektowanie znaczenia bezpiecznej i godziwie wynagradzanej pracy dla trwałego wzrostu gospodarczego kraju oraz bezpieczeństwa pracowników i ich rodzin. Tylko godna praca i emerytura umożliwią pracownikom i emerytom godne życie, a Polsce - długotrwały rozwój gospodarczy oparty na stabilnych podstawach" - podkreślono w petycji.

"S" wzywa rząd do podjęcia zdecydowanych kroków zmierzających do zahamowania rosnącego rozwarstwienia płac. Związek oczekuje także podwyższenia płacy minimalnej do wysokości 50 proc. przeciętnego wynagrodzenia, zapewnienia systematycznego wzrostu płac wszystkich pracowników, rekompensującego wzrost kosztów utrzymania.

Ponadto związek domaga się: zachowania uprawnień do obniżonego wieku emerytalnego dla osób pracujących w szczególnych warunkach lub o szczególnym charakterze; przestrzegania prawa pracy i prawa pracowników do zrzeszania się; zapewnienia rzeczywistego dialogu społecznego.

Wśród rekwizytów, które związkowcy przygotowali na demonstrację, były m.in. flagi z napisem "Solidarność", wózki z produktami, jakie można kupić za minimalne wynagrodzenie (1126 zł brutto), a także plastikowe skrzynie, do których można było wrzucać symboliczny grosz "na emeryturę dla Tuska".

Związkowcy wznosili okrzyki "złodzieje, złodzieje", "wszystko ściema, cudów nie ma" oraz skandowali: "Solidarność, Solidarność". Trzymali flagi z logo związku. Widać było też transparenty, m.in.: "usuńcie Pawlaka, inaczej będzie draka" i "Donaldzie Tusku obiecałeś cud, a oszukałeś lud".

- Chcemy przede wszystkim pokazać siłę związku. To nie jest protest, który ma zaszkodzić rządowi. Ale chcemy pokazać, że jeśli będzie gorzej, to jesteśmy w stanie ten protest zaostrzyć - powiedział Roman Brzozowski, emeryt ze Śląska Opolskiego.

Z kolei nauczyciel historii z Supraśla (Podlaskie) Henryk Suchocki wyraził nadzieję, że piątkowa akcja "da rządzącym do myślenia". - PO powinna wywiązać się chociaż z 70 proc. obietnic, jakie nam złożyła - dodał.

Manifestacja odbyła się bez większych incydentów. Demonstrujący obrzucili petardami i świecami dymnymi ministerstwo gospodarki oraz kancelarię premiera. Organizatorzy apelowali o zachowanie spokoju i nierzucanie w policjantów petardami. Od nielicznych związkowców czuć było alkohol.

Rzecznik komendanta stołecznego policji Marcin Szyndler ocenił w rozmowie , że demonstracja przebiegała dość spokojnie. - Problemem były petardy odpalane przez jej uczestników. Jeden z protestujących właśnie z tego powodu został ranny, ma obrażenia ręki - powiedział.

Porządku, oprócz policji, pilnowało też ok. tysiąca związkowców, tworzących związkową służbę porządkową.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Rekomendacje