Reklama

Reklama

Strzały i atak nożem w Warszawie. Jedna osoba nie żyje

Tragedia na warszawskiej Pradze-Południe. Według nieoficjalnych informacji syn miał zabić ojca - właściciela pralni. Młodszy z mężczyzn został ranny i trafił do szpitala. - Zostaliśmy wezwani do zabezpieczenia miejsca zdarzenia, przy wejściu siłowym do lokalu - powiedział Interii kpt. Wojciech Kapczyński z warszawskiej Straży Pożarnej.

Do zdarzenia miało dojść w pralni chemicznej przy ul. Bora-Komorowskiego 4. Według nieoficjalnych informacji, syn miał zabić ojca. Mężczyźni mieli wspólnie pić alkohol. Jeden z nich zaatakował nożem kompana, ranił go w brzuch i poderżnął gardło. Z ustaleń Polsatnews.pl wynika, że napastnik po zabójstwie zadał sam sobie rany nożem. 

Do środka lokalu, który był zamknięty, siłowo weszli funkcjonariusze, ale agresywny mężczyzna nie reagował na polecenia i ruszył na mundurowych. Miał zostać zatrzymany dopiero po tym, jak padły strzały ostrzegawcze. Jest on synem właściciela pralni, którego zwłoki ujawniono podczas oględzin lokalu.

Reklama

Mężczyzna zaatakował funkcjonariuszy

- Ze zgłoszenia wynikało, że ktoś może potrzebować pomocy. Na miejsce policjanci przybyli jednocześni ze strażą pożarną, której funkcjonariusze umożliwili dostanie się do lokalu, którego drzwi były zamknięte. W środku policjanci zastali mężczyznę, który trzymał w dłoni niebezpieczne narzędzie, nie reagował na polecenia. Mężczyzna zaatakował funkcjonariuszy - powiedział asp. Rafał Retmaniak z zespołu prasowego Komendy Stołecznej Policji.

Retmaniak przyznał, że policjanci oddali strzały ostrzegawcze. Mężczyzna został obezwładniony, a następnie zabrany do szpitala przez wezwane na miejsce pogotowie ratunkowe. Zatrzymany miał liczne obrażenia niewynikające z postrzału.

- Wezwanie otrzymaliśmy o godz. 13:30 - powiedział Interii kpt. Wojciech Kapczyński z Miejskiej Straży Pożarnej w Warszawie. Strażacy mieli zabezpieczać siłowe wejście do lokalu. - Nawet nie zdążyliśmy tam wejść - przekazał kpt. Kapczyński. 

Na miejscu pojawiły się cztery Zespoły Ratownictwa Medycznego. Miejsce zdarzenia zostało odgrodzone taśmami. Parawanem zasłonięto plamy krwi na chodniku.  

Relacje świadków

Pani Elżbieta mieszkająca na Gocławiu zobaczyła strażaków i policjantów, gdy stała na przystanku. Opowiada, że chcieli wejść do pralni, w której zamknął się napastnik. - Przyjechały dwa samochody straży, a policja była wcześniej. Strażacy szli z bosakiem do pralni i nagle zaczęli uciekać. Trzech mężczyzn wyskoczyło i za czwartym uciekającym wyskoczył napastnik z nożem, zakrwawione miał ręce i tors zakrwawiony - opowiada kobieta, dodając, że mężczyzna z nożem był półnagi.

- Zaczął gonić z nożem policjanta. Ja się schowałam za budkę, bo policjant krzyknął "niech pani ucieka!". Wystraszyłam się. Policjant uciekał przed nim tyłem, a ten w ręku trzymał ten nóż. I ten policjant zaczął mu strzelać w nogi. No i złapali go z tyłu, upadł, zasłonili go i już nic nie widziałam - dodaje kobieta.

Inna mieszkanka ul. Umińskiego usłyszała strzały. - Miałam wyjść do sklepu, usłyszałam strzały, widziałam dwóch policjantów, że celują do kogoś. Z pralni wyszedł mężczyzna, cały zakrwawiony, ręce miał uniesione w górze i szedł przed siebie, ignorując polecenia policjantów i strzały ostrzegawcze. On szedł, potem padł strzał i zobaczyłam jak policjanci go docisnęli i kładą się na niego - mówi pani Karolina.

Na miejscu trwają czynności z udziałem prokuratora.

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne