Reklama

Reklama

Stolica oczami obcokrajowców

Niegdyś Rosjanin Starynkiewicz, francuski klan Norblinów, czy niemiecka rodzina Fukierów, dziś angielski fotograf Chris Niedenthal, Amerykanin Michael Moritz i wielu innych - obcokrajowcy mieszkający w Warszawie zawsze odciskali swe piętno na życiu stolicy.

Przypomina o tym projekt "Warszawa międzykulturowa", realizowany przez Fundację Cultus. O historycznej roli przybyszów z innych krajów opowiada wydana przez fundację publikacja, sylwetki współczesnych cudzoziemców osiadłych w Warszawie przybliża wystawa w metrze.

Reklama

Budowali i cierpieli z nami

- Cel projektu jest taki, żeby pokazać Warszawę jako miasto otwarte dla innych nacji, kultur i wyznań - wyjaśnia Rafał Chwiszczuk z Fundacji Cultus. Jego zdaniem warszawiacy za mało wiedzą o obcokrajowcach mieszkających w stolicy. - A ich wkład w rozwój Warszawy (przynajmniej do II wojny) był ogromny: niemieccy i austriaccy przemysłowcy, włoscy architekci, szwajcarscy cukiernicy, żydowscy kupcy, rosyjski prezydent miasta Starynkiewicz - wylicza Rafał Chwiszczuk.

Kto dziś pamięta, że najstarszym niemieckim rodem, osiadłym w Warszawie, byli Fukierowie? Swoją winiarnię na Starym Mieście otworzyli w 1610 r. i prowadzili ją nieprzerwanie aż do II wojny światowej. Z Niemiec przyjechał również, choć o wiele później bo w 1845 r. Karol Ernest Henryk Wedel, którego familia zasłynęła nie tylko ze znakomitych wyrobów cukierniczych, ale również z działań filantropijnych. Swój udział w rozwoju miasta mieli włoscy architekci (Marconi Lanci), austriaccy i brytyjscy fabrykanci jak Stanisław Lilpop i bracia Evans, a także francuscy przemysłowcy z klanu Norblinów. W pogrzebie rosyjskiego prezydenta stolicy, Sokratesa Starynkiewicza, który wybudował min. wodociągi i gazownię, uczestniczyło 100 tys. warszawiaków. Cudzoziemcy budowali wraz z Polakami Warszawę w czasach jej świetności, wraz z nimi cierpieli w trudnych okresach. Najmłodszym więźniem Pawiaka był sześciomiesięczny szwedzki chłopczyk - Kaj Silverskjöld, który zmarł w hitlerowskiej kaźni.

Przyjeżdżają i zostają

Wielu z dzisiejszych mieszkańców Warszawy urodzonych za granicą wcale nie planowało osiąść nad Wisłą na stałe. Chris Niedenthal, autor słynnego zdjęcia ze stanu wojennego, przedstawiającego czołgi na Puławskiej na tle plakatu reklamującego wyświetlany w kinie Moskwa "Czas Apokalipsy", przyjechał w 1973 r. jako korespondent małej, francuskiej agencji fotograficznej. Chciał zobaczyć jak wygląda życie w komunistycznym kraju, który wcześniej kilkakrotnie odwiedzał (jego rodzice pochodzili z Polski). Ożenił się z Polką i został. Stałego pobytu nie planował również Kurt Scheller, szwajcarski kucharz, który szefował kuchniom w najlepszych hotelach: Bristolu, Sheratonie i Rialto. Otworzył jednak swoją Akademię Kulinarną i również pozostał w Warszawie.

Obcokrajowcy, którzy przyjechali do nas z krajów całego świata z reguły bardzo pozytywnie oceniają warszawiaków i ich podejście do cudzoziemców. Wietnamska lekarka Dang Thu Huong podkreśla, że jesteśmy tolerancyjni, przyjaźnie nastawieni, pomocni i ciekawi innych kultur. Podobnie uważa Zhou Yang - Chińczyk studiujący w Warszawie. Bardziej krytyczni są przybysze wobec stołecznej infrastruktury. - Drogi są jak w lesie - uważa Kurt Scheller. Podobne zdanie ma Niemka Susanne Kramer-Drużycka, której nie podoba się również zatłoczona komunikacja publiczna. Generalnie jednak Warszawa w oczach zamieszkujących ją cudzoziemców wypada nieźle. Jak podkreśla Michael Moritz, amerykański dziennikarz i właściciel sieci restauracji Subway, jest u nas ciekawiej, niż w Stanach. - Warszawa dorasta do miana wielokulturowej metropolii. Nie jest to jeszcze Paryż, Londyn czy Berlin, ale jak na 20 lat, licząc od transformacji, widać bardzo duży postęp, w każdej dziedzinie - podsumowuje Rafał Chwiszczuk.

Projekt Fundacji Cultus dostępny jest w internecie, na stronie www.cultus.org.pl, samą wystawę można natomiast do końca października oglądać na stacjach metra Wilanowska i Pole Mokotowskie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama