Reklama

Reklama

Samotność to taka pusta trwoga

Pusty dom. Codzienność: przeżyć, cokolwiek zjeść i spać. Oby kolejny dzień już się skończył. A jedyne marzenie, to porozmawiać z kimkolwiek. Samotność. Samotność, której tak się boimy, spotkała 33-letniego Andrzeja z Drupi (gmina Skórzec).

Drewniany dom z dziurawym dachem. Walający się plot. W domu chłód. Wiatr wpada poprzez nieszczelne drzwi. A może to smutek

Reklama

i przygnębienie pana Andrzeja...? Został sam 6 lat temu, matka, z którą mieszkał, wyprowadziła się do córki. Nawet na Boże Narodzenie o synu zapomniała...

- Tak to się w życiu poukładało. Matka wyjechała i tyle ją widziałem. Siostry też o mnie nie pamiętają. Nic takiego nie zrobiłem, czym mogłem je aż tak skrzywdzić, by zapomnieć o mnie i o tym, że żyję - stwierdza ze łzami w oczach Andrzej.

Ludzie, na wsi mówią, że kiedyś to był normalny, wesoły chłopak. Nagle coś się z nim stało. Zmienił się po wyjeździe matki.

- Przestał się do ludzi odzywać. Siedzi cały czas w chałupie. Czasem widzę, jak z pobliskiego przystanku gdzieś wyjeżdża i wraca późnym popołudniem. Nikomu nie mówi "dzień dobry", z nikim nie rozmawia. Wchodzi do sklepu kupuje kilka rzeczy i wychodzi bez słowa - opowiada miejscowy sklepikarz. - Dziwny z niego człowiek. Kiedyś nawet kilku chłopaków go odwiedziło, chcieli z nim piwo wypić, ale nawet ich do domu nie wpuścił.

Ludzie na wsi podśmiewają się z Andrzeja. Gadają, że dziwak. A on nikomu nie wadzi, żyje na uboczu. Być może, opuszczony przez matkę, załamał się i postanowił już nigdy nikogo o nic nie prosić.

- Jeśli najbliższa osoba tak postąpiła, to czego się spodziewać po obcych? Kto dziś komu rękę poda? Trzeba żyć i tyle. Czasem pójdę gdzieś do pracy, czasem zrobię coś na polu. Żyję, by żyć, by przetrwać... - mówi Andrzej

Dom jest zaniedbany, w oknach wiszą porwane, brudne firanki. Drzwi nie mają nawet klamki. W pokoju, w którym mieszka Andrzej, na środku stoi piecyk, który ogrzewa całą izbę. Dym osmala ściany.

- Dziś nie paliłem jeszcze i jest tu zimno. Może później rozpalę, może nie - stwierdza ściszonym głosem zrezygnowany gospodarz.

Na stole leży chleb, pół parówki i pół cebuli. To obiad Andrzeja. Kolacja będzie pewnie podobna, bo w lodówce zostały dwie parówki i nic poza tym.

- Ciężko jest tak samemu. Znikąd nie ma pomocy. Czasem dostanę coś od gminy do jedzenia. Byli tu u mnie nawet kiedyś, mieli pomóc i na gadaniu się skończyło - mówi Andrzej.

- Czasem coś zjem, czasem gdzieś pojadę i tak mi dni uciekają. Chyba nie mam wrogów, po prostu nie lubię się ludziom napraszać. Odsuwają się ode mnie, więc wolę żyć ot tak, po prostu sam. Co ja kogo obchodzę?

Stare zniszczone meble, telewizor i radio to jedyni kompani w życiu Andrzeja. Nawet ksiądz, który tu był całkiem niedawno po kolędzie, uważa go za dziwaka.

- Ksiądz sam mi opowiadał, że jak wszedł do niego, nie wiedział, jak się zachować, czy usiąść czy zostać i porozmawiać. Podobno Andrzej tylko głowę spuścił, ksiądz pokropił tę chałupę i szybko wyszedł - mówi sklepikarz.

Dlaczego nawet ksiądz, powiernik ludzkich tajemnic, nie chciał podać ręki człowiekowi i zostawił go samemu sobie? Człowieka, który tak rozpaczliwie w głębi duszy krzyczy o pomoc.

- Życie jak życie. Jest, bo jest. Jedyne, o czym marzę, to zwyczajnie z kimś porozmawiać, ot tak o niczym. Samemu to ciężko żyć - wyznaje ze łzami w oczach Andrzej.

Nie narzeka na swój los. Nie ma pretensji, że nikt się nim nie interesuje. Nie skarży się, że dawno nie jadł ciepłego obiadu. Nie narzeka, że musi spać w kurtce, bo w domu jest zimno. Andrzej już przyzwyczaił się do chłodu... ludzkiej obojętności.

Milena Celińska

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy