Reklama

Reklama

"Meżer" - instytucja

Należy w Siedlcach do postaci rozpoznawalnych. Do niedawna jego znakiem szczególnym była charakterystyczna burza gęstych czarnych włosów, godna diabolicznego dyrygenta.

Potem zaczął się pokazywać z ogoloną głową, okrytą fantazyjną chustą. Dziś uśmiecha się spod szpakowatej, króciutkiej fryzurki. To efekt przebytej chemioterapii. Meżer. Tak nazywają go znajomi i nieznajomi. Nie da się ukryć, że Meżer jest w Siedlcach człowiekiem-instytucją.

Reklama

- O chorobie nie wstydzę się mówić, nie boję - kwituje wydarzenia ubiegłego roku. - Nazwijmy to po imieniu: rozpoznano u mnie nowotwór. Odkrycie choroby, to był czysty przypadek. Nie niepokoiły go żadne bóle głowy, luki w pamięci, nic z tych rzeczy.

- Ale miałem dzień po dniu dwie stłuczki samochodowe. Niegroźne. Po prostu parkując, za blisko podjechałem i otarłem się o inne auto. Poszedłem do okulistki po nowe okulary. Po rutynowym badaniu dna oka, od razu pojechał do szpitala. Dziś wie, że nowotwór rozwijał się około 5 lat.

I że Bóg nad nim czuwał, bo tym razem nie zlekceważył zaleceń lekarzy.

Andrzej Meżerycki znany jest bowiem z tego, że nie ma choroby czy infekcji, która położyłaby go do łóżka. Grypy przechodzone, wykichane, wykaszlane. Ale jak tu się położyć, gdy ciągle jest coś zaczęte, co trzeba dokończyć?

Nie na darmo nazywano go "człowiekiem orkiestrą". Sam musiał dopilnować tego, co w sumie należało do innych ludzi, do jego pracowników. Jednych to denerwowało, innym było na rękę, ale na Meżera nie było rady. Ot, myślenie całościowe. Broń Boże fragmentaryczne.

- Nie jestem pracoholikiem - zaznacza i okropnie się złości, gdy zarzucam mu, że łże, bo jest pracoholikiem, i to klinicznym.

- Jestem po prostu bardzo zaangażowany w swoją pracę. Dobra. Jak zwał, tak zwał. Ale ta aktywność i zaangażowanie trzymały go w chorobie przy życiu. Przeszedł naświetlania i kilka dni temu wziął ostatnią chemię.

W międzyczasie prowadził audycje w radiu i telewizji, reżyserował i prowadził koncerty. No, jak tu się położyć, gdy tyle rzeczy musi doprowadzić do końca, do finału? Właśnie te rozpoczęte projekty zadecydowały o jego losie. O tym, że pozostał w Siedlcach. Nowym okresem w jego pracy artystycznej była organizacja koncertów Miss Polonia. Regionalny konkurs był na tak wysokim poziomie, że szefowie Biura Miss Polonia zaproponowali mu reżyserię finałów, transmitowanych przez TVP. Był na fali. Zaraz potem porwali go amerykańscy Polonusi. Wyreżyserował im koncerty w Fort Lauderdale i w Miami na Florydzie. Od ręki otrzymał propozycję pracy za oceanem. To były czasy, gdy ludzie kombinowali, jakby to do Stanów do pracy pojechać. A Meżer wrócił. Bo musiał tu dokończyć rozpoczęte projekty.

Podobnie było z telewizją. Po koncertach Miss Polonia dobił do czołówki polskich reżyserów estradowych. Nawet Marek Grechuta wybrał go do napisania scenariusza i reżyserii swego benefisu w 1998 roku w Sali Kongresowej. Ten koncert stał się już legendą. Potem telewizyjna "Dwójka" powierzyła mu scenariusz i reżyserię koncertu "Pożegnanie XX wieku" i trzyczęściowego telewizyjnego widowiska. Wtedy też dostał propozycję reżyserii serialu telewizyjnego.

- Musiałbym być przez długi czas, aż sześć dni w tygodniu w Warszawie, na planie filmowym. Ale jak tak zostawić wszystko to tutaj? Centrum, imprezy, teatr? - wylicza.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy