W skrócie
- Anna Łukasik powiedziała, że pierwszego dnia pracy Dawid Kacprzyk poinformował ją, iż "pilnuje szpitala w imieniu Rafała Trzaskowskiego", a także zaznaczyła, że sama "miała problemy" z Emilem Jędrzejewskim.
- Była prezes Szpitala Południowego opisała zdarzenia związane z wynagrodzeniem i premiami dla lekarzy, konflikty personalne oraz nieprawidłowości finansowe potwierdzone przez audyt.
- Łukasik poinformowała, że mimo przekazania ustaleń audytu dotyczącego nadużyć w szpitalu odpowiednim władzom, w sprawie "zapadła cisza".
- Więcej ważnych informacji znajdziesz na stronie głównej Interii, otwiera się w nowym oknie
Anna Łukasik w rozmowie z Onetem ujawniła nowe wątki dotyczące afery wokół Szpitala Południowego w Warszawie. Była prezes placówki zaznaczyła, że postanowiła o tym opowiedzieć, ponieważ "wielu ludzi oskarża ją o nieprawidłowości".
Na wstępie Łukasik zaznaczyła, że w momencie, gdy objęła stanowisko, Dawid Kacprzyk był już związany ze szpitalem. Jak podkreśliła, jego stawka była wówczas wysoka - przewidywała 330 zł na godzinę - ale "na rynku są stawki wyższe, także w mniejszych miastach". - Kacprzyk był też użyteczny organizacyjnie: faktycznie obsadzał dyżury zespołem lekarzy - dodała.
Afera w Szpitalu Południowym. "Powiedział, że pilnuje szpitala w imieniu Trzaskowskiego"
Była prezes Szpitala Południowego ujawniła przy tym, jak wyglądało jej pierwsze spotkanie z ówczesnym koordynatorem Szpitalnego Oddziału Ratunkowego.
- Pierwszego dnia pracy powiedział mi (Kacprzyk - red.), że "pilnuje szpitala w imieniu Rafała Trzaskowskiego". Najpierw odebrałam to jako żart. Później zobaczyłam, że utrzymywał bliskie relacje z wiceprezydent Warszawy Renatą Kaznowską i innymi urzędnikami stołecznego ratusza, a w internecie pojawiały się zdjęcia wskazujące na jego aktywność polityczną - powiedziała.
Łukasik dodała, że Kacprzyk kilka razy proponował jej udział w "prywatnych kolacjach Kaznowskiej z prezesami i dyrektorami podległych miastu szpitali". - Nigdy nie brałam w nich udziału - zapewniła.
W trakcie rozmowy poruszono kwestię nieobecności byłego koordynatora SOR w pracy, mimo wypisywania godzin na fakturach. Była prezes szpitala zaznaczyła, że nie zauważyła tych nieprawidłowości, ponieważ, gdy dzwoniła do placówki, Kacprzyk "zwykle był na miejscu".
- Nie zatwierdzałam jego grafiku. Robiła to dyrektor medyczna szpitala, Agata Kusz-Rynkun, a wykonanie pracy potwierdzał kierownik SOR-u - zaznaczyła.
Dawid Kacprzyk zwrócił pieniądze. "Zrozumiałam, że sprawa jest poważna"
Łukasik wyjaśniła przy tym, że "po pierwszym e-mailu od dziennikarzy w tej sprawie" poprosiła Kacprzyka o wyjaśnienia. Wówczas lekarz miał jej powiedzieć, że dwa raz wyszedł ze szpitala "za zgodą przełożonych". Następnie przelał na konto placówki pół miliona złotych jako "wyrównanie wynagrodzenia".
- Wtedy zrozumiałam, że sprawa jest poważna i złożyłam na niego zawiadomienie do prokuratury - to było jeszcze, zanim sprawa stała się głośna - podkreśliła.
W wywiadzie nie zabrakło też tematu "saloniku VIP", w którym politycy Koalicji Obywatelskiej oczekiwali na usługi medyczne i byli przyjmowani bez kolejki. - Pomieszczenie, z którego korzystał, przydzielił mu poprzedni prezes Artur Krawczyk - podkreśliła.
Łukasik zaznaczyła przy tym, że nie zareagowała na działania Kacprzyka, bo uznała, że "przyjmowanie tam pacjentów byłoby ryzykowne" oraz nie widziała tam polityków. - Być może powinnam była wcześniej sprawdzić, na jakiej zasadzie dostał ten pokój - dodała.
Sprawa Emila Jędrzejewskiego. Wspomniała o jego konflikcie z Kacprzykiem
Anna Łukasik odniosła się też do sprawy sygnalisty ze Szpitala Południowego - doktora Emila Jędrzejewskiego. Ujawniła, że konflikt pomiędzy nim a Kacprzykiem trwał już, gdy rozpoczynała ona pracę w 2025 roku.
- Kacprzyk oczekiwał szybszych konsultacji chirurgicznych dla pacjentów SOR-u. Chirurdzy uważali, że zachowuje się wobec nich obcesowo - wyjaśniła w wywiadzie dla Onetu.
Była prezes szpitala podkreśliła, że "sama miała problemy z Jędrzejewskim". Miało to miejsce, gdy zaplanowała zmianę lokalizacji oddziałów chirurgii i interny. Wówczas pracownicy mieli zacząć jej sygnalizować, że "Jędrzejewski bardzo emocjonalnie reaguje na ten plan" i jej grozi.
- Pewnego dnia pojawił się w moim gabinecie z wiceminister zdrowia Katarzyną Kacperczyk. Nie było to wcześniej umówione spotkanie. Pani minister powiedziała, że zna doktora od dzieciństwa, posiedziała kilka minut i wyszła. Odebrałam to jako pokaz siły oraz próbę wzmocnienia jego pozycji w szpitalu - opowiedziała.
Wspominając o rozwiązaniu umowy z Jędrzejewskim, Łukasik zaznaczyła, że powodów tej decyzji było kilka. - Opóźnienia w rozliczaniu świadczeń z NFZ, niezamknięte historie chorób i niewłaściwie przechowywana dokumentacja. Doszła do tego sprawa kradzieży z depozytu pacjenta na jego oddziale. No i atak na Kacprzyka - wymieniła.
- Zgodnie z relacją Kacprzyka, Jędrzejewski go popchnął i wyzywał. Sprawdziłam monitoring i rzeczywiście doszło do takiego wydarzenia. Poza stawką za zarządzanie oddziałem i za dyżury po godz. 15 Jędrzejewski miał w umowie 10 proc. dochodu oddziału. Nie widziałam nigdy wcześniej w żadnym szpitalu takiej umowy - dodała.
Ogromna premia dla Jędrzejewskiego. Łukasik: Nigdy się nie spotkałam
W sprawie Jędrzejewskiego była prezes Szpitala Południowego ujawniła również, że w 2024 roku placówka wypłaciła mu ponad 700 tys. zł premii za poprzedni rok. W kolejnym roku Jędrzejewski miał wystąpić o kolejną premię.
- Przez ponad 20 lat pracy w ochronie zdrowia nie spotkałam się z sytuacją, żeby oddział chirurgiczny wykazywał dodatni wynik finansowy po uwzględnieniu wszystkich kosztów - zaznaczyła.
Z tego powodu Łukasik postanowiła przeanalizować dokumentu. Na jaw wyszło wówczas, że "anestezjolodzy pracowali według dwóch grafików". - Analiza wskazywała, że koszty części lekarzy wykonujących pracę przy operacjach mogły być księgowane na intensywnej terapii w taki sposób, że nie obciążały chirurgii. Jeśli tak było, wynik finansowy oddziału był sztucznie poprawiany, a właśnie od tego wyniku zależała wysokość premii doktora Jędrzejewskiego - powiedziała.
Była prezes szpitala o swoich podejrzeniach poinformowała Biuro Ładu Korporacyjnego w stołecznym ratuszu. W odpowiedzi usłyszała, że "sprawę trzeba zweryfikować niezależnie". Z tego powodu zlecono audyt zewnętrzny, który potwierdził nieprawidłowości. - Nawet w najbardziej ostrożnym wariancie zakwestionowali ponad pół miliona złotych wypłaconej wcześniej Jędrzejewskiemu premii - poinformowała.
- Zdecydowałam również, że szpital powinien domagać się zwrotu wcześniej wypłaconych pieniędzy. Po konsultacjach z prawnikami wystąpiliśmy do sądu przeciwko Jędrzejewskiemu. Pierwsza rozprawa już się odbyła - dodała.
Audyt został przekazany do warszawskiego ratusza. "Zapadła cisza"
Łukasik wyjaśniła, że audyt został dostarczony "w papierowej wersji, w zamkniętej kopercie" wiceprezydent Warszawy Renacie Kaznowskiej. Ponadto trafił na biurko burmistrza Ursynowa.
- Spodziewałam się, że tak poważne ustalenia wywołają natychmiastową reakcję. Tymczasem zapadła cisza. Z czasem coraz mocniej utwierdzałam się w przekonaniu, że istnieje ogromna niechęć do ujawniania nieprawidłowości dotyczących szpitala - oznajmiła w rozmowie z Onetem.
Przypomnijmy, że afera wokół Szpitala Południowego w Warszawie wyszła po tym, jak dziennikarze ustalili, że kierownik tamtejszego SOR-u, radny KO Dawid Kacprzyk, mimo braku specjalizacji objął kierownicze stanowisko, na którym w 2025 roku zarobił 1,6 mln złotych. Ponadto w placówce miał funkcjonować wspomniany "salonik VIP".
Po czasie głos w sprawie zabrał Emil Jędrzejewski, były ordynator oddziału chirurgii w placówce, który stwierdził, że na SOR-ze miało dochodzić do wadliwego wykonywania procedur medycznych, co w niektórych przypadkach miało kończyć się śmiercią pacjentów. Za działania te obwinił Kacprzyka, który miał wielokrotnie popełniać błędy lekarskie.
Kacprzyk po tych doniesieniach sam zrezygnował zarówno z mandatu radnego, jak i pracy w Szpitalu Południowym. Nie przyznaje się jednak do winy.



















