Reklama

Reklama

Stanie przed sądem za ocalenie sarenki

Zenonowi Masowi, rolnikowi z Nowej Wsi (pow. oświęcimski), wytoczono proces za ocalenie potrąconej przez samochód sarenki.

Sześć miesięcy temu wybrał się z rodziną na wczasy. Jadąc w stronę Żywca zatrzymał się w korku samochodów. Wysiadł z auta, by zobaczyć, co się stało. Na środku drogi leżała martwa sarna. Po chwili dostrzegł konającą w rowie małą sarenkę.

Reklama

Zwierzęta zostały potrącone przez samochód. Złapał za telefon i zadzwonił po straż leśną - relacjonuje "Gazeta Krakowska".

- Zlekceważyli mnie, mówiąc, że do martwego zwierzęcia nie przyjadą. Nie wiedziałem, co robić - opowiada. Starał się też skontaktować z weterynarzami. Jeden odsyłał go do drugiego. Mężczyzna włożył więc sarenkę do bagażnika i wrócił do domu. Zrezygnował z wakacyjnej podróży. Po powrocie opatrzył zwierzęciu rozcięty łuk brwiowy.

- Karmiliśmy ją mlekiem w butelkach ze smoczkiem - wspomina. Po kilku dniach Basia - tak nazwał sarnę - wróciła do zdrowia. Problemy zaczęły się, gdy mężczyzna dowiedział się, że chcąc opiekować się sarenką, musi mieć zgodę Starostwa Powiatowego w Oświęcimiu.

Postarał się więc o potrzebne dokumenty, wśród nich m.in. opinie lekarza weterynarii i koła łowieckiego. Obie były pozytywne. Pozwolenie na opiekę otrzymał w środę, 5 grudnia. Dzień później, w czwartek, stanął przed sądem grodzkim. Oskarżono go o przetrzymywanie dzikiego zwierzęcia. Mówi o tym art. 51 prawa łowieckiego. Oskarżycielem jest policja w Kętach. Poszkodowanym - nadleśnictwo w Andrychowie. Pierwsza rozprawa się nie odbyła, bo zachorował adwokat nadleśnictwa. Przesunięto ją na 21 grudnia.

- Ta sprawa mnie przerasta. Gdy tylko się dowiedziałem, że muszę mieć zezwolenie na opiekę nad Basią, od razu wystąpiłem z wnioskiem. Okazało się, że zrobiłem to za późno - mówi Mas. Grozi mu kara grzywny od 2 do 5 tysięcy złotych. - To mnóstwo pieniędzy. Nie stać mnie nawet na prawnika, a co dopiero na taką karę - podkreśla. Nie rozumie, dlaczego ktoś chce ukarać go za to, że pomógł konającej sarence.

Prof. Zbigniew Hołda z Helsińskiej Fundacji Praw Człowieka też uważa, że sprawa Basi nie musiała mieć finału w sądzie. - Pojawia się pytanie o społeczną szkodliwość czynu. Wydaje mi się, że w tym przypadku jest ona najwyżej znikoma lub zerowa - mówi. - Po zbadaniu sprawy w postępowaniu wyjaśniającym można było odmówić wszczęcia postępowania karnego. Mężczyzna starał się przecież chronić zwierzę - dodaje Hołda. Andrzej Martyniak, szef andrychowskich strażników leśnych, którzy przed sądem występują jako strona poszkodowana, odmówił wszelkich komentarzy w tej sprawie.

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL