Reklama

Reklama

Spojrzałem śmierci w oczy

Większość z nas boi się śmierci i rzadko o niej myśli. Są jednak tacy, którzy twierdzą, że byli po drugiej stronie. I wrócili - odmienieni. Tak jak Łukasz Krępa z Krakowa. Dla niego zapaść serca okazała się cennym darem losu. - Umieranie nie boli - zapewnia. - Czułem się tak, jakbym skakał na bungee albo wchodził nagi do wanny pełnej wody.

24 września 2005 roku, sobota. Łukasz ogląda z tatą mecz w telewizji. W przerwie idzie do kuchni. Wyciąga z zamrażarki piwo. Pociąga jeden łyk, drugi. - Nagle mnie zblokowało, poczułem gorycz. Coś tak jakby ugrzęzło mi w piersi. Chciałem napić się wody - wspomina.

Reklama

Jego ojciec słyszy huk upadającej na podłogę szklanki. "Synu!" - krzyczy.

Przedtem


Łukasz ma 35 lat. Pracuje w gazowni, jest prezesem założonego przez siebie Stowarzyszenia Krakowskiej Ligi Halowej. Zdrowy, przystojny, pełen energii. Dba o siebie - siłownia, basen, sauna.

Minusem jest to, że dużo pali, mało śpi, ma coraz więcej obowiązków. Jego pasja to hokej. Jak gra Podhale Nowy Targ - siedzi na trybunach, kibicuje. O śmierci nie myśli - bo po co?

- Człowiek, który ma dużo rzeczy do zrobienia, jest aktywny, zazwyczaj nie zastanawia się nad tym. Nawet pogrzeb jest dla niego refleksją nad zmarłym, nie nad sobą. "Musimy myśleć pozytywnie" - tak radził zawsze trener Henryk Kasperczak - mówi Łukasz. I on tak właśnie robił.

Wszystko widziałem z góry

Najpierw błyśnięcie, flesz. Potem zaczęła się akcja.

- Czułem cały czas powiew wiatru. Żadnego bólu, to było bardzo przyjemne uczucie, taka podnieta. Doznanie prawie że erotyczne. Bardzo mi było ciepło. Nie widziałem siebie, ten ktoś, kto ze mnie wyszedł, patrzył na to wszystko z góry.

Potem był przeskok - to tak wyglądało, jakby mi ktoś z powrotem oczy przykleił. Wydawało mi się, że wszystko trwało kilka godzin, a nie dwie minuty - opowiada Łukasz.

Choć od tego zdarzenia minęło pięć lat, on wciąż pamięta każdy szczegół. 

Zapaść, omdlenie - tak napisali lekarze w historii choroby. Przyjechała karetka. Podali mu adrenalinę, zrobili EKG, zabrali do szpitala. Wyszedł na własną prośbę. Wszystko zaczęło docierać do niego powoli, po około tygodniu. Zaraz, jak się przebudził, nie pamiętał nic.

- Nie wiem, dlaczego to się ugruntowało w mojej świadomości dopiero po jakimś czasie. W pierwszej chwili myślałem, że to był sen, ale potem obrazy, niczym puzzle, zaczęły się układać, urzeczywistniać, stały się żywe.

Skąd ty to wszystko wiesz?

Szpital. Łukasz widzi drzwi. Wchodzi. Patrzy na kobietę, która spaceruje po korytarzu - jest jej zimno, prosi o szlafrok. Czuje jej niepokój, pamięta okna w szpitalu zamalowane na biało. Płaczące dziecko w beciku. Opowiedział później o tym swojej mamie. Skąd ty to wiesz? - zapytała go. To były fakty związane z jego narodzinami. Nigdy wcześniej o tym nie rozmawiali. Później było dorastanie - żłobek, przedszkole... szkoła podstawowa, średnia, pierwsze kroki w zawodzie.

Widział, jak dostał kijem od pani, nie radził sobie z wierszykiem, poszedł na wagary, zdawał egzamin maturalny. Przyjazdy rodziny z Nowego Targu, wspólne Wigilie...

- Ja tego nie pamiętałem jako dziecko. Ale to było niewątpliwie moje życie. To wszystko mi się przydarzyło. Słyszałem rozmowy na mój temat w szkole, rozmowy moich trenerów od piłki nożnej, dotyczące mojej kariery, bo grałem lata w futsal, rozmowy moich rodziców o których wcześniej nie wiedziałem - twierdzi Łukasz. - "Coś z nim trzeba zrobić, on nie rozwija się tak, jak nasz starszy syn" - to powiedziała moja mama do taty, martwiła się. Mój brat lepiej się uczył, miał umysł ścisły. A ja byłem humanistą - dodaje. 

To byłem przecież ja 

Rodzice nie uwierzyli mu - mama, choć początkowo zszokowana tym, co jej opowiedział, wielu rzeczy nie potwierdziła, bo zwyczajnie nie pamiętała. W pracy, gdy usłyszeli jego relację, nazwali go wariatem. On sam miał wątpliwości.

Poszedł do szpitala na ul. Kopernika w Krakowie, gdzie się urodził, by zobaczyć, jak teraz wygląda. Nie wpuścili go na oddział położniczy. Rozmawiał z psychologiem, chciał sprawdzić, czy nie majaczy, czy "nie odjechał za bardzo". Ale potem, gdy zaczął się zastanawiać, wszystko się uporządkowało. - To niewątpliwie było moje życie - mówi Łukasz. - Bo jak inaczej wyjaśnić te fakty, zdarzenia? - pyta.

Znajomi reagowali różnie. Jeden, gdy usłyszał jego opowieść, popłakał się. Niektórzy wyśmiali go, zignorowali, byli zaniepokojeni.

- Wystraszyłem ich, zakłóciłem ich tryb życia. Oni się tego boją, że odejdą, nie wiedzą, że to może być przyjemne. Ludzie są zakochani w świecie, gdzie wszystkiego można dotknąć, wszystko można zobaczyć. I do nich to nie przemawia. Że człowiek może być niewidzialny, unosić się i wszystko widzieć z góry.

Sporo osób jednak było poruszonych jego relacją. Czy wpłynęło to w jakiś sposób na ich życie? Tego Łukasz nie wie. Ale on sam się zmienił, nawet bardzo.

Chcę doczytać tę książkę

- Ta sobota na pewno sporo zamieszała w moim życiu. Z dnia na dzień - po kilku latach - rzuciłem palenie. Zacząłem bardziej dostrzegać innych ludzi, troszczyć się o swoje zdrowie, cenić ciszę, spokój. Stałem się bardziej pracowity, robię więcej dla siebie, dla innych, mam swoją pasję. Skończyło się dla mnie życie bez kontroli nad sobą, bez refleksji. Człowiek czuje się po takim wydarzeniu mocniejszy, powstaje w nim tak jakby tarcza ochronna - mówi Łukasz.

- Śmierć to nie jest teraz dla mnie coś strasznego. To tylko uszkodzenie ciała, a człowiek tak naprawdę istnieje nadal. Przyjemnością i radością jest to, że człowiek się rodzi, ale jak odchodzi, to też jest radość, tylko taka bardziej osobista. Inni płaczą, lamentują, nie mogą się z tym pogodzić, wpadają w szał - a śmierć, ja tak myślę, jest dla umierającego przyjemnością. To jest tak niesamowite, że chcę opowiedzieć o tym jak największej liczbie osób - dodaje.

- Nie wiem, dlaczego akurat mnie to spotkało. Cenię sobie teraz bardziej życie, bo wiem, że można je w każdej chwili - choć w przyjemny sposób - stracić. Ale po co? Ja chcę tę książkę, moją historię, doczytać do końca, czystymi rękami, żeby jej nie pobrudzić.

Autor: Ewa Mickiewicz

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy