Gra o Kraków. Nie chodzi tylko o Miszalskiego
Nadchodzące miesiące będą kluczowe dla politycznej przyszłości Aleksandra Miszalskiego. Państwowa Komisja Wyborcza zarejestrowała komitet referendalny w sprawie odwołania prezydenta Krakowa. Stawka tej gry jest jednak znacznie wyższa, a włodarz Koalicji Obywatelskiej to niejedyna postać, która znalazła się na celowniku inicjatorów.

W Krakowie spekulacje stały się faktem i ruszyła procedura zmierzająca do odwołania Aleksandra Miszalskiego ze stanowiska. Choć o takim kroku od tygodni mówili politycy PiS oraz Konfederacji, komitet referendalny oficjalnie zarejestrował Jan Hoffman, radny dzielnicy Stare Miasto. 21-osobowa grupa, w skład której wchodzą m.in. były sędzia, dziennikarz i śpiewaczka operowa, deklaruje pełną apolityczność i obywatelski charakter inicjatywy.
Wtorkowa rejestracja komitetu rozpoczyna bieg 60-dniowego terminu na zebranie podpisów. Aby referendum doszło do skutku, organizatorzy muszą pozyskać poparcie co najmniej 10 proc. uprawnionych do głosowania Krakowian, czyli ok. 58 tys. osób.
Kraków. Podwójna gra
W tym logistycznym wyzwaniu inicjatorzy mogą liczyć na wsparcie struktur Prawa i Sprawiedliwości oraz Konfederacji, choć kwestią otwartą pozostaje, czy będą to działania oficjalne.
- Czekamy na decyzję centrali i Jarosława Kaczyńskiego - mówi nam jeden z krakowskich polityków PiS.
- Gdyby decyzja zależała tylko od nas, to byśmy się zaangażowali w zbiórkę podpisów. Sami przecież od dawna pokazujemy, jak złe dla Krakowa są rządy prezydenta Miszalskiego - dodaje.
W podobnym tonie wypowiadają się osoby związane z Konfederacją. Szczególnie dla ugrupowania Sławomira Mentzena i Krzysztofa Bosaka może to być szansa na "wywrócenie stolika" lokalnej polityki.
Jeśli bowiem referendum o odwołaniu Miszalskiego dojdzie do skutku, to mieszkańcy będą decydować nie tylko o politycznym losie prezydenta Krakowa, ale także rady miejskiej.
- Jeśli udałoby się odwołać radę, to zmieniające się nastroje polityczne mogą spowodować, że we wcześniejszych wyborach do rady udałoby nam się zdobyć kilka mandatów - mówi mi jeden z działaczy Konfederacji.
Kraków: Łukasz Gibała spróbuje raz jeszcze?
Być może oficjalnie zbiórkę podpisów wesprze także Łukasz Gibała i jego "Kraków dla mieszkańców". Gibała to były polityk Platformy Obywatelskiej i Ruchu Palikota, który w ostatnich wyborach przegrał z Miszalskim różnicą kilku tysięcy głosów.
"W komitecie są osoby o bardzo różnych poglądach i sympatiach politycznych - od prawa do lewa. Łączy ich wspólne przekonanie, że tak dalej być nie może - że Kraków potrzebuje prawdziwej zmiany" - napisał w swoich mediach społecznościowych. I zapytał: "Czy powinniśmy się dołączyć i pomóc w akcji referendalnej?".
Decyzja dla Gibały może być trudna, bo już raz próbował odwołać w drodze referendum prezydenta Krakowa. Było to w 2016 r. i chodziło o Jacka Majchrowskiego, który rządził miastem 22 lata (2002-2024). Do tego, aby przeprowadzić referendum zabrakło wówczas 9,4 tys. podpisów.
Co zrobi partia Razem?
Nie wiadomo, jak zachowa się także partia Razem, która od dłuższego czasu krytykuje działania Miszalskiego.
- Od początku jesteśmy krytyczni wobec polityki, którą prowadzi Aleksander Miszalski. Chodzi m.in. o kwestie podwyżek biletów komunikacji miejskiej czy zatrudnianie ludzi związanych z Koalicją Obywatelską bez żadnego trybu w miejskich spółkach. Z pewnością część ludzi podpisze się na listach o referendum z powodu autentycznego wkurzenia na obecną sytuację - mówi w rozmowie z Interią Aleksandra Owca, współprzewodnicząca partii Razem i krakowska radna.
- Jednak trzeba pamiętać, że pewne siły polityczne, które nie życzą dobrze Krakowowi, starają się wykorzystać to ludzkie wkurzenie do swoich celów. Ja osobiście podpiszę się pod wnioskiem o referendum. Jeśli chodzi o partię Razem, to decyzję czy i w jaki sposób angażować się w akcję referendalną podejmą organy statutowe - dodaje.
Aleksander Miszalski: Kto to finansuje?
- Rozumiem, że niektórzy są bardzo niecierpliwi, nie mogą doczekać się ponownego werdyktu, no ale powiedzmy sobie szczerze, nie da się sobie kupić Krakowa - powiedział we wtorek podczas konferencji prasowej Aleksander Miszalski.
- Kto to finansuje? Czy ktoś z państwa zadał sobie to pytanie? Skąd biorą się te naprawdę setki tysięcy, a może i miliony złotych? Jest przynajmniej pięć tytułów różnego rodzaju gazetek, które niezbyt obiektywnie przedstawiają rzeczywistość, ale są w prawie każdej skrzynce - mówił.
Politycy Koalicji Obywatelskiej, z którymi rozmawiamy, nie chcą wskazywać konkretnych osób, mówią o przypuszczeniach. Nie wiedzą też, kto i ile do tej pory rzeczywiście wydał pieniędzy na działania związane z referendum.
- Będziemy się temu bacznie przyglądać - zapewniają.
"To nie jest akcja wymierzona w rząd Donalda Tuska"
Jednak zebranie wystarczającej liczby podpisów to dopiero początek. Aby odwołać skutecznie Miszalskiego, do urn musi pójść 60 proc. wyborców, którzy wzięli udział w drugiej turze wyborów, czyli 158 579 wyborców.
Aby odwołać radę, zagłosować musi 177 464 osób.
Inicjatorzy akcji tłumaczą, że głównymi argumentami za odwołaniem Miszalskiego są narastające problemy finansowe Krakowa, w tym wzrost zadłużenia o blisko 2 miliardy złotych przy jednoczesnym braku przeprowadzenia niezależnego audytu.
Organizatorzy zarzucają prezydentowi niedotrzymanie licznych obietnic wyborczych, takich jak wprowadzenie bonów na kulturę i sport czy tanich biletów dla studentów, a także wytykają opóźnienie w budowie metra. Zwracają oni także uwagę na obsadzanie stanowisk partyjnymi kolegami.
- Nie jesteśmy członkami partii i żadnych partii nie wspieramy. To nie jest akcja wymierzona ani w rząd Donalda Tuska, ani w Platformę Obywatelską, PiS czy jakiekolwiek inne ugrupowanie - zapewnia Jan Hoffman, inicjator akcji referendalnej.
Chcesz porozmawiać z autorem? Napisz: dawid.serafin@firma.interia.pl











