Reklama

Reklama

Biorę stąd to, co rozwija

O Nowej Hucie mówi się coraz częściej jak o miejscu konkurującym z Krakowem w wielu dziedzinach.

To efekt promocji czy stan faktyczny? "Niech miasto lepiej nie promuje Huty, ale zadba o instytucje tam działające, naprawi chodniki i posprząta" - uważa Bartosz Szydłowski, dyrektor Łaźni Nowej

Reklama

Katarzyna Ponikowska: - Nowa Huta ma potencjał, by stać się w przyszłości drugim Kazimierzem?

Bartosz Szydłowski: - Oby Nowa Huta nie stała się ani Kazimierzem, ani Rynkiem Głównym. Niech będzie inna. Przecież na Kazimierzu jest tylko biznes i coraz ostrzejsza komercja. Niewątpliwie ma to jeszcze swój urok, ale i coś ważnego stamtąd wyparowało. Wolałbym, aby rozwój Nowej Huty był rozwojem wspólnotowym, a nie efekciarskim. Aby jakość życia tutaj zmieniała się na lepsze, ale dla mieszkańców, nie yuppies chcących mieszkać w modnej dzielnicy. Nie wolno też pominąć kulturowego potencjału Nowej Huty. Historia pozostawiła tutaj bardzo ciekawe i pouczające ślady. Nie należę do grupy skrajnych entuzjastów, twierdzących, że Kraków może się przy Hucie schować, ale nie wolno tego potencjału dzielnicy lekceważyć.

- Co Huta ma do zaoferowania turystom?

- Trzeba ją zwiedzać z mądrym przewodnikiem. Wtedy może to być podróż jak w filmie - pełna niespodziewanych zwrotów akcji i zaskoczenia. Gdybym to ja kogoś oprowadzał, zrobiłbym bardzo klasyczny tour: od bramy kombinatu, po miejsce po Leninie i dwa kościoły - bieńczycki i mistrzejowicki.

A wieczorkiem oczywiście do Łaźni! Bo mam nadzieję, że już niedługo nikt sobie Nowej Huty bez Nowej Łaźni nie będzie mógł wyobrazić. Mogłoby być lepiej z gastronomią. Więcej zróżnicowania. Knajpki za bardzo ulegają klimatom sportowym (w sercu stoi zazwyczaj wielki telewizor) albo nawiązują swoją przaśnością do czasów komuny.

Brakuje mi przytulnej knajpy w klimatach domowych. Niech jednak miasto lepiej nie promuje Huty, ale zadba o instytucje tam działające, wspomoże obywatelskie inicjatywy, naprawi chodniki i posprząta. Wizje promocyjne, strategie marketingowe - to chyba największa ściema dzisiejszych czasów.

- Czemu Łaźnia Nowa przeniosła się jakiś czas temu z Kazimierza do Nowej Huty?

- Z jednej strony to przyczyny praktyczne - straciliśmy swoją siedzibę na Kazimierzu, z drugiej - krok w kierunku rozwoju. No i podświadoma potrzeba powrotu do miejsca, gdzie się wychowywałem. Nowa Huta wcale nie okazała się tak odległym i niegościnnym miejscem jak ludzie zwykli o niej myśleć.

- Czyli nowohucka Łaźnia ma się lepiej niż ta kazimierska?

- Nowohucki projekt to całkowicie inna skala myślenia. Na Kazimierzu miałem małą piwnicę, z programem adresowanym głównie do środowiska z klimatem klubowym. Łaźnia Nowa to przede wszystkim miejsce kultury.Ta energia i cały manifest, którym żyję, oznaczają paradoksalnie, że w Nowej Hucie jest łatwiej. Lepszy grunt, czytelniejsze cele. Nowa Huta to metafora zmian i potrzeby rozwoju. Różnie z tym bywało w historii, ale ja wolę wyciągać znaczenia, które popychają do przodu, a nie zatrzymują.

Nowa Huta ma potencjał i nikt nie powinien go lekceważyć.

Katarzyna Ponikowska

katarzyna.ponikowska@echomiasta.pl

Reklama

Reklama

Reklama

Reklama

Strona główna INTERIA.PL

Polecamy

Dziś w Interii

Raporty specjalne

Rekomendacje